Numerowane strony

Od redakcji: przerwa w nadawaniu

13 października 2009

Czas wyjaśnić kilkutygodniowe milczenie. Tym bardziej, że w nowych okolicznościach jeszcze się ono wydłuży.

Jestem w trakcie przeprowadzki. Po przełożonych na wrzesień wyjazdach wakacyjnych, w październiku skrystalizowały się nowe propozycje zawodowe. W efekcie od 13 października wracam do codziennych zajęć w nowej firmie, próbując to godzić z weekendowym pakowaniem dobytku w starym mieście. Deadline przeprowadzki to 31 października. Z wyżej wyłuszczonych powodów blog nie będzie mógł być aktualizowany wcześniej niż w listopadzie.

Read more...

Wrześniowe słońce

10 września 2009

Wyszedłem dziś z domu prosto w kolejny piękny dzień. Z dnia na dzień ten wrzesień staje się piękniejszy. Ale paradoksalnie skojarzyło mi się to z czymś mniej pogodnym i choć w mediach temat wybuchu II wojny jest "wyczerpany" na najbliższe miesiące - chcę do niego wrócić.

Skojarzenie, które mnie do tego sprowokowało, wiąże się z pewnym nawykiem, którego nabrałem odkąd we wczesnej młodości dotarła do mnie - za sprawą jakiegoś filmu albo lektur - cała groza powstania warszawskiego. Odtąd, czy tego chciałem czy nie, w okolicach nowego roku szkolnego spadała na mnie co rok myśl: dla NICH to byłby już pełen miesiąc walki.

Mi od transmitowanych w telewizji obchodów "Godziny W" minął leniwie sierpień. Trochę wypocząłem, trochę zwiedziłem, jeszcze więcej czasu przeleciało mi między palcami. Byłem tu i ówdzie - nic specjalnego, obowiązkowe wakacyjne minimum doznań na jeden dzień. Tymczasem w 1944 każde z sierpniowych 24 godzin było dla tych ludzi gęste od wydarzeń, od skrajnych doznań i od grozy właśnie. Przez taką myśl, przez takie spojrzenie na własny miniony miesiąc, walka i trwanie miasta przeciw nacierającemu wojsku wydawała się z nagła po prostu niewyobrażalna, niepojęta, niemożliwa.
A dzisiaj to przepiękne wrześniowe słońce wzbudziło we mnie potrzebę, by tak samo spojrzeć na los wszystkich z września 1939 r.
Mija powoli 10 dzień miesiąca. Pod takim samym jasnym niebem i w podobnej duchocie już 10 dzień żołnierze to ścierali się z wrogiem, to w wyczerpujących marszach wycofywali się w głąb kraju, odliczając czas do zwycięskiego natarcia na Niemców wraz z sojusznikami.
Co ja robiłem przez ostatnie 10 dni? Coś tam przeczytałem, trochę napisałem; jakieś zakupy, 10 obiadów, 10 śniadań, parę joggingów... A teraz wyobrażam sobie wypełnienie tych 10 dni paniczną tułaczką po ewakuoawniu się z miasta. Wyobrażam sobie te 10 dni pełne paniki na widok samolotów kierujących się nad szosę, którą pchamy się "na Kutno" i 10 nocy z noclegami byle gdzie i z kombinowaniem od kogo da się kupić coś do jedzenia. To 10 dni smutnego przyglądania się kolumnom cofającego się, rozbitego wojska - z czego od trzech dni już nie słychać w radio, że "Westerplatte walczy". Choć gwoli ścisłości tego dziesiątego dnia można mieć nadzieję, że coś się zmienia, skoro nasi przeszli do ataku i "coś zaczęło się dziać" pod Łęczycą...


Osobiście takim przyłożeniem wysiłku ówczesnych żołnierzy do swojej codzienności, wolę czcić po cichu rocznice wybuchu wojny i powstania, niż groteskową telewizyjną hucpą na pograniczu festynu muzyczno-kabaretowego. Mam na myśli oczywiście "Wielki test z historii. 1939. Zaczęło się w Polsce".
Nie chodzi mi o zasadę - jeśli jest nią zamiar aby ludzie nie zapominali jak było, zgadzam się z nią całkowicie. Tyle, że przekombinowano z formą, z fajnością, z luzem. Tak, jakby bez wypasu i wyczesu program nie miał szans na widownię.
Mimo estetycznego absmaku oczywiście sam poskreślałem sobie odpowiedzi na pytania. Pomyliłem się w czterech i kontentuje mnie taki wynik (ile razy po prostu celnie strzelałem - przemilczmy.)

Read more...

To nie było dobre święto

30 sierpnia 2009

Dziś pełne doniesień o katastrofie w Radomiu podczas Święta Lotnictwa są radio i telewizja. Jutro wypełnią się nimi strony gazet. Moich parę słów o tym co widziałem, niewiele wniesie. Chcę je jednak spisać, głównie pod wrażeniem zupelnie mylnych opisów przebiegu wydarzeń, które ze zdumieniem słuchałem w serwisach informacyjnych podczas podróży z Radomia.

Radio co godzina donosiło, że białoruski Su-27 spadł "wkrótce po starcie". Tymczasem w rzeczywistości samolot zdążył wykonać już spory program (z rozpiski minutowej pokazów można nawet wnosić, że jego większość). Po starcie pilot pokazał kilkakrotnie wznoszenie - także pionową "świecę" na dopalaczach, nawroty bojowe na dużej wysokości i (to już bezpośrednio przed odlotem nad feralny las) - przelot w pozycji odwróconej (czyli "podwoziem do góry") przed całą widownią.

Po pierwszych relacjach radiowych, że zdaniem mieszkańców Małęczyna piloci zdecydowali się do końca zostać za sterami, by maszyna nie zabiła nikogo na ziemi - w TVN24 prowadząca jeden z magazynów dopytywała się Tomasza Hypkiego ("Skrzydlata Polska") czy to prawda, że piloci starali się uchronić przed katastrofą publiczność pokazów. Nieporozumienie - do katastrofy doszło ZA krańcem lotniska - przeciwległym w stosunku do miejsc publiczności. Zajmowałem miejsce w skrajnej, wschodniej części sektora dla widzów - to był najbliższy punkt tego sektora od miejsca wypadku, ale i tak odległość była nie mniejsza niż półtora kilometra.

Natomiast (poruszam się tylko w sferze przypuszczeń) sądzę, że wersja, w której załoga do końca starała się chronić wieś za lasem, może być prawdziwa. W mojej części widowni świst silników Su-27 słychać było do końca. W emitowanych w telewizji wypowiedziach świadków powtarza się czasem zdanie, że ostatni ślizg na skrzydło Su-27 wykonał z wyłączonymi silnikami, ale to nieprawda - być może takie wrażenie można było odnieść w rejonie strefy prasowej i VIP, czyli grubo ponad pół kilometra dalej od miejsca katastrofy niż miejsce, w którym my to obserwowaliśmy.

Po tej chwili, gdy maszyna wolno, ale dość bezwładnie straciła wysokość i zwróciła się na południowy wschód ("od" zamiast "do" lotniska) i wielu widzom przeszło przez myśl, że coś idzie niedobrze - samolot zniknął za drzewami lecz trwający nadal odgłos silników przekonał wszystkich na moment, że to był po prostu brawurowy manewr. Wtedy odniosłem wrażenie, że od chwili skrycia się maszyny za lasem, do ukazania się kłębów dymu upłynęły z tym dźwiękiem może nawet 2-3 sekundy. Wiem jednak, że w takich chwilach czas subiektywnie zwalnia i zdroworozsądkowo szacuję, że było to może nieco mniej niż sekunda, może niespełna dwie. Mimo wszystko jednak to masa czasu, by tracący kontrolę nad maszyną lotnicy "wystrzelili się". Nie znajduję innego wyjaśnienia na co przeznaczyli ten czas, kosztem własnego życia, jak tylko ostatnie ściągnięcie maszyny tak, by uderzyła w niezabudowany teren.

Brnąc długo w tłumie opuszczającym lotnisko słyszałem w gorączkowych dyskusjach ludzi, że "nie było ognia, tylko sam dym". Tu właściwie opowiadanie mojej wersji jest spóźnione, bo kilka amatorskich filmików, które dotarły do telewizji, dobrze pokazuje języki ognia, z jakimi dym wzniósł się nad drzewa. Zniknęły prędko (dym zresztą też nie stał długo jakimś wielkim słupem) - paliwo w dawce wystarczającej do pokazu musiało wypalić się blyskawicznie - ale były.

A resztę odczuć dzielę pewnie ze wszystkimi, którzy przypatrywali się tej prezentacji. Zaczęło się od poczucia, że oto startuje prawdziwy Air Show (od dopalaczy wznoszącego się Su rzeczywiście drżała ziemia i silniki całej dziewiątki Hawków grupy "Red Arrows" nie robiły nawet połowy tego grzmotu). Potem niepokój, niepewność i wreszcie niewiara w to, co zwiastował czarny dym zza lasu. Chyba (jak pamiętam) drżały mi ręce, gdy robiłem ostatnie zdjęcia z zamieszania w sektorze ratowniczym - rozumiem więc tych, którzy dla telewizji opisywali przebieg wydarzeń przejętymi głosami.

W drugim echu myślenia o tym, co widzieliśmy, przyszła (też tak samo jak do innych) refleksja, że TĘ maszynę, TYCH ludzi parę chwil wcześniej widzieliśmy jak na dłoni. Machaliśmy im, gdy drogą kołowania, przed trybunami, przejeżdżali samolotem na początek pasa. Widzieliśmy jak cierpliwie czekają tam na zezwolenie do startu, podczas gdy swe manewry kończyli fińscy piloci. Dostrzegaliśmy ich sylwetki w kopicie podczas niższych partii pokazu.

Przygnębiające.

Mam niemało materiału zdjęciowego, ale nie czuję się na siłach zilustrować nimi tego wpisu. Podobne do moich ujęcia z katastrofy są obecne w całym internecie. Te - dla mnie zresztą ważne - fotografie innych pokazów i scenek z Air Show będą musiały chwilę poczekać na inny wpis, bo z nastrojem dzisiejszego dnia nie współgrają. Poprzedziły katastrofę tylko o parę godzin, a są jakby z innego czasu i z innego miejsca...

Read more...

Z urlopu na posterunek

26 sierpnia 2009

Festiwale Smaku mnożą się w Polsce licznie w sezonie wakacyjnym. Nie mam z czym porównać moich wrażeń, które wywiozłem z nadwiślańskiego Gruczna w miniony weekend - ale to co tam widziałem, poczułem i posmakowałem, odpowiadało mi bardzo.

Mogę zabrać się na nowo za uzupełnianie bloga - dobiegł kresu mój doroczny wypad w góry. Ale pomimo tego, że przywiozłem stamtąd garść refleksji wartych ubrania w słowa - pierwszą notkę chcę poświęcić obrazkom z imprezy, na którą trafiłem już po powrocie z Karkonoszy.
Wieś Gruczno na Kociewiu, niespełna 40 km na północ od Bydgoszczy, warta jest odwiedzenia nie tylko przy takich okazjach. Zachowuje ciągłość historii od czasów średniowiecznych książąt pomorskich, liczne są w jej okolicach pamiątki po gospodarujących tu przez setki lat mennonitach ("olędrach"), a szczególnie zachwycający jest tutejszy krajobraz.

Wąski pas ziemi wzdłuż Wisły tworzy równinę położoną sporo poniżej terenu, przez który podróżni mkną ku morzu. Wieś (po prawdzie przypominająca małe miasteczko) przytula się do tej wysokiej skarpy, a niektóre jej zakątki wnikają w jary, którymi skarpa wiślana jest tu i ówdzie poprzecinana.
W jednej z takich malowniczych kotlinek - naturalnie odciętych od zgiełku bliskiej przecież szosy gdańskiej - przez dwa dni trwał Festiwal Smaku.

W zasadzie wiadomo czego spodziewać się po takiej imprezie: stoiska firm rodzinnych spod znaku agroturystyki, alejka bardziej dostojnych namiotów firm "Slow Food", moc degustacji, konkursy (np. nalewek) i wszechobecny dym grillowania. Warunki naturalne w Grucznie sprawiały jednak, że dało się znieść nawet ów ogromny tłum, który zjechał z wielu zakątków regionu: poszczególne odnogi kotliny stały się tematycznymi alejkami dla różnego rodzaju potraw i napitków.
















Piwosze nie zanadto wchodzili w drogę poszukiwaczom prawdziwego chleba czy wędlin. Kotły do smażenia "jedynych prawdziwych" powideł strzeleckich nie gryzły się z ukrytymi w innej alei, a - na oko - identycznymi kotłami do powideł starogardzkich.
Nawet duże firmy - prawdziwi potentaci - umiejętnie dopasowali się do charakteru imprezy. Tam, gdzie prezentowane są smaki Pomorza nie mogło zabraknąć bydgoskiego cukiernika Adama Sowy, ale i pod jego namiotem nie prowadzono zwykłej sprzedaży ciastek z magazynu, lecz degustację tego, co wypiekano na oczach zwiedzających.
















Jeśli przyjąć, że słowo "smak" ma w polszczyźnie znaczenia znacznie wykraczające poza kulinaria, to zrozumiałym jest, że nie tylko dla jedzenia i picia warto było Gruczno w te dni odwiedzić. Rzeźbiarze tworzący w drewnie pokaźną figurę, czy stoiska z ceramiką współczesną, ale stylizowaną na rustykalną - to inny naturalny składnik letniego festynu, z założenia przywołującego wspomnienia o przeszłym stylu życia.
















Był też trzeci wątek tego sentymentalnego odwołania się do przeszłości, który organizator Festiwalu - Towarzystwo Przyjaciół Dolnej Wisły - zgrabnie do programu włączył. Mowa o pokazach plenerowych, które po kilka razy zaprezentowali na festiwalowej łące goście imprezy.
Miłośnicy kawalerii - rekonstruktorzy - zaprezentowali pokaz musztry ułańskiej. Tłok nie pozwolił ułanom pokazać zbyt wielu umiejętności (choć staranne wyposażenie i dobór koni budzą uznanie). Gorzej, że znajdująca się w programie zapowiedź o "pokazie musztry Szwadronu Ułanów Nadwiślańskich" nie wyjaśnia kompletnie tradycje jakiej jednostki kultywują ci jeźdźcy. Jeśli ktoś potrafi rozpoznać to po ich proporcach - chętnie się dowiem.































Mi osobiście najwięcej przyjemności sprawiło oglądanie pokazu wypasania owiec. Ba, ale nie byle jakiego, bo z udziałem znakomicie ułożonego psa pasterskiego. Jak się dowiedziałem później, Piotr Polewski od pewnego czasu specjalizuje się w tej wyjątkowo widowiskowej dyscyplinie kynologicznej, raz po raz prowadząc podobne pokazy na różnych imprezach plenerowych.
















Co innego obejrzeć bajkową "Świnkę Babe" a co innego zobaczyć na własne oczy czujność, zaangażowanie i głęboką współpracę mądrego psa oraz jego pana w dyscyplinowaniu stadka owiec. Jeśli kiedyś i w Polsce (wzorem psich zaprzęgów) umiejętności pasterskie staną się dyscypliną sportową, będę chyba jej najzagorzalszym miłośnikiem.














































Najpewniej też zostanę żarliwym wielbicielem grucznieńskich Festiwali Smaku. W odróżnieniu od innych, które organizuje się na rynkach dużych miast, tu otoczenie sprawia, że wszystko smakuje naprawdę "po wiejsku" i wszystko, co nam podają wydaje się dużo bardziej na miejscu.
W tym roku dodatkowym atutem dla mnie było to, że pofałdowany pomorski krajobraz pomógł mi nieco lepiej zwalczyć doła, jaki zwykle łapie mnie po powrocie z gór na niziny...


Read more...

Leszek Kołakowski (1927-2009). Człowiek wielu mikrokosmosów

18 lipca 2009

Wczorajsza wiadomość o śmierci Leszka Kołakowskiego wybrzmi jeszcze - mam nadzieję - mnogimi artykułami i programami w najbliższych dniach. A może i tygodniach, co przy współczesnym tempie popadania publiczności w poczucie przesytu, byłoby nie lada wyczynem.

Oczywiście nie jestem jednak wcale pewien czy tak będzie. Pamiętam pewien dialog sprzed wielu lat, gdy już pracowałem w ''GW'', ale jeszcze rownocześnie miałem chętkę zaocznie poszerzać swe filozoficzne horyzonty. Adiunkt, u którego stawiłem się po zaliczenie, kojarzył mnie z ''Gazetą'', więc wstawiając mi wpis do indeksu nie odmówił sobie przyjemności wyznania, że nie bardzo odpowiada mu widoczny na jej łamach ''światopogląd kształtowany w cieniu Kołakowskiego i Baumanna''.

Można się spodziewać, że na takich nutach pogra sobie teraz niemała część publicystów. Z wyjątkiem oczywiście błyskawicznie montowanego nocą wydania ''Gazety Świątecznej'', które otworzy wspomnienie pióra Adama Michnika.
Szkoda, bo śmierć jednego z garstki współczesnych myślicieli polskich, NAPRAWDĘ znanych w międzynarodowej społeczności naukowej, to sposobność, by co niektórym czytelnikom zaszczepić osobliwy pomysł: ''takie to się wydaje proste, co podobno pisał - może nic mi się nie stanie, jak coś poczytam?''. Ale wiem, że to idealistyczne myślenie. Dużo łatwiej będzie pisać o życiowych wyborach i osławionym ''rewizjonizmie'' Kołakowskiego, przenicowując z niepochlebną tezą etapy jego życia.


Swoją drogą znamienne, że 40 lat temu siekierą z etykietą ''rewizjonista'' komuniści wykonywali wyrok wiecznego zesłania w niebyt ludzi, gotowych zaprzeczyć kłamstwom, zaś dziś tę samą etykietę skwapliwie otrzepują z kurzu ludzie o biegunowo odmiennym myśleniu. W ich rękach staje się ''dowodem'' na niewymazywalny, nawet jeśli tylko młodzieńczy, grzech komunistycznego spaczenia. Po prostu łatwiej jest rozdzielać etykiety i arbitralnie rozstawiać ludzi po różnych stronach wymyślonych przez siebie barykad, niż np. rzetelnie zagłębić się w niemałą książkę ''Główne nurty marksizmu. Powstanie - rozwój - rozpad''. Podkreślmy może to ostatnie słowo: ''rozpad''. W odniesieniu do marksizmu użył go Kołakowski w 1976 roku...
A zaintrygowanym, choć książki nie znającym, dodam ku zachęcie, że poza rzetelnym zmasakrowaniem filozoficznej miałkości marksizmu, książka skrzy się też od śmieszno-strasznych anegdot z przekuwania idei w ponurą praktykę.

Zabrnął ten felieton w dość szczególny ślepy zaułek: wyszło na to, że postuluję, aby tak smutną okoliczność, jaką jest pożegnanie filozofa, jakoś ''wykorzystać''. Aby z jej ''pomocą'' popularyzować filozofię.
Jednak w istocie bardziej chodzi mi o próbę zgadnięcia: czy Kołakowskiemu raczej zrobią teraz ''gębę'' czy dadzą szansę drugiego życia, w prowadzonej za pomocą książek wymianie myśli z nowymi pokoleniami studentów i czytelników. A o postulat ''popularyzacji'' na pewno nie pogniewałby się sam zainteresowany - ktoś, spod czyjego pióra wyszły m.in. ''Mini wykłady o maxi sprawach''.

W charakterze puenty zaczerpnę z nich cytat dla wszystkich, którzy mają w sobie zapał do wystawiania innym pośmiertnych rozliczeń za epokę, której nie mogą pamiętać:
''[...] zauważono nieraz, że cnoty praktykowane i głoszone w sposób bezwzględnie sztywny rychło stają się nieznośne albo szkodliwe zarówno dla cnotliwego, jak i dla innych.''

Read more...

Fotograficzny powrót na trasę

24 czerwca 2009

Moje fotograficzne dokumentacje wypadów poza miasto to materiały ponadprogramowe. Niewiele może wnoszą treści, ale szkoda byłoby mi nie podzielić się utrwalonym na nich klimatem.

To - powiedzmy sobie szczerze - poważne zaległości. Jeszcze z maja. Pochodzą z dwóch autobusowych podróży (służbowych) w kierunku Kalisza, oraz jednej (prywatnej) na mej normalnej trasie Bydgoszcz-Poznań.


Zdjęcie majowe, ale tematycznie na czasie i w czerwcu. Apetyczny szyld sklepu z Kórnika.



Rozłożysta, regularna bryła kaliskiego dworca tworzy dziwny dysonans z wielkim, pustym placem jaki rozciąga się przed jego frontem. Szkoda - w lepszej oprawie gmach prezentowałby się godniej.



Gablota przed dworcem. Upewniając widzów gdzie mogą obejrzeć "Generała Nila" - zaopatrzono plakat w kinową naklejkę. Ale można było to lepiej przemyśleć...



Obrazek, który mignął mi po drodze z Korzeniewa do Kalisza. Nie zdążyłem, niestety, zanotować nazwy tej parafii.



Rzut oka w głąb jarocińskich podwórek.



Nowe Miasto nad Wartą. Tak jakby stale na coś tu czekano. Choć może tym razem było to tylko czekanie na nadciągający deszcz.



Wbrew wszelkim troskom o wysychanie Warty, koło Nowego Miasta rzeka wygląda niczego sobie.



Zwierzęta potrafią się oswoić z nawet bliskim sąsiedztwem odgrodzonej drogi szybkiego ruchu - jak tu, pod Gądkami koło Poznania.



Ostatnie kilometry urozmaiconego, polodowcowego krajobrazu na Pałukach. Niebawem osiągnę okolice Gniezna i wszystko boleśnie wypłaszczy się aż po horyzont.



Miło pomyśleć, że takie urocze autobusy na stałe zaczęłyby służyć mieszkańcom Pobiedzisk, ale to niestety tylko incydent związany z kampanią wyborczą.

Read more...

Celebrujmy! Zwłaszcza gdy się nam dołożą

21 czerwca 2009

Gdyby żonglerkę danymi i datami uczynić dyscypliną olimpijską, obecny prezydent Poznania nie byłby bez szans na medal. Ale co tam on sam! Za plecami prezydenta czai się w jego mieście doborowa kadra w tej wyspecjalizowanej dyscyplinie.

Koniec mojego związku z redakcją poznańskiej gazety uwolnił mnie w zasadzie od konieczności zajmowania się sprawami Poznania. Ale z drugiej strony uwolnił mnie też od powinności, by nad sprawami tego miasta pochylać się z konstruktywną troską a bez ironii. Dlatego pozwolę sobie w swoim stylu zareagować na słowa prezydenta Poznania przeczytane w ostatnim "Przekroju" (18 czerwca 2009).

Było to przy okazji sporządzonego przez tygodnik rankingu 26 miast polskich. Poznań zajął miejsce pierwsze i niech mu będzie. Choć mając niejakie porównanie z paru innymi miastami, w których mieszkałem, a nie tylko je odwiedzałem - nie mogę nie poczuwać się do współmyślenia z autorem pewnego posta na Przekrojowym forum.
Ale pod rankingiem jest rozmowa z prezydentem Ryszardem Grobelnym. W niej zaś - poza wieloma okrągłymi zdaniami - pada bardzo ciekawa wypowiedź.


PRZEKRÓJ: Dlaczego Uniwersytet Adama Mickiewicza jest z tyłu, za UJ i UW?
GROBELNY: - Zawsze jest w pierwszej piątce. Należy pamiętać, że to najmłodsza uczelnia, a tradycja uniwersytecka to część sukcesu.

Podkreślam to tak, jak mi się te słowa same podkreśliły w wyobraźni, bo wciąż mam żywo w pamięci akcję Poznania sprzed pięciu lat. Nie było wtedy polityka od lewa do prawa, który nie poparł wniosku o ustawę przyznającą dla UAM ok. 312 mln zł z budżetu państwa na rozwój tej uczelni, w związku z... 400-leciem poznańskiej tradycji uniwersyteckiej. Dęte to było niemożebnie: do tradycji włączono nie tylko faktycznie działającą Akademię Lubrańskiego, ale też nigdy nie wprowadzony w życie dokument królewski zezwalający na przekształcenie kolegium jezuickiego w akademię.

Dziś zresztą - gdy ustawa dawno klepnięta, a pieniądze spływają (choć rektor już apeluje o 100-procentową waloryzację przyznanej sumy) - jubileusz w Poznaniu zwany jest po prostu "400-leciem wydania edyktu o powołaniu Uniwersytetu". Ale przed pięciu laty rękoma całego Sejmu poznaniacy zaklepali sobie tekst:
"W związku z przypadającą w 2011 roku czterechsetną rocznicą utworzenia przez króla Zygmunta III Wazę Uniwersytetu w Poznaniu..."


Znam pewną firmę, która przed dwoma laty przyjmowała od klientów gratulacje z okazji owocnego 15-lecia działania na rynku. A w tym roku ta sama firma zaprasza klientów na jubileusz swego 40-lecia. Zagadka dość prosta: 40 lat od założenia firmy przez państwo, a 15 (dziś już 17) od przejścia w ręce prywatne. A że firma z Poznania, podejrzewam iż te płynne jubileusze to może tutejsza specjalność?
Wobec tego w każdym roku kończącym się na "1" Poznań może świętować z Uniwersytetem rocznicę edyktu Zygmunta III; w każdym roku z "9" na końcu - rocznicę powołania Wszechnicy Piastowskiej z 1919; w latach kończących się na "0" - rocznicę przekształcenia Wszechnicy w Uniwersytet Poznański, a w latach z "5" - rocznicę Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (nazwa od 1955). Jest jeszcze rocznica powołania Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk z 1857, co zaklepie lata z "7" w końcówce.

A przy takim mętliku pojęciowym prezydent Grobelny zawsze zdoła wyjaśnić krajowi, że słabsze wyniki UAM to tylko pozory i knowania starszych uczelni.



PS. Tu mój felieton na ten temat z lipca 2004 r., gdy ważyły się losy ustawy "o 400-leciu Uniwersytetu w Poznaniu": [link]

Read more...

Obrońcy dla Terminatora trzeba. Pilne.

20 czerwca 2009

Ani tak wielki, by przyćmić inne filmy w tym roku, ani tak słaby, jak wypada o tym pisać recenzentom. "Terminator: Ocalenie" podobał mi się ponadprzeciętnie. Ale jeszcze więcej zabawy daje mi lektura prasowych narzekań, że to "samo żelastwo" albo "słoma w scenariuszu".


Tak się szczęśliwie złożyło, że w ciągu trzech tygodni przed premierą "czwórki" dane mi było obejrzeć na nowo wszystkie trzy wcześniejsze filmy serii. Gdy po paru dniach czytałem w kolejnych tygodnikach i w internecie, jakich to elementów legendy Terminatora tak bardzo brak widzom w najnowszej odsłonie - nie mogłem uwierzyć, że oglądaliśmy te same filmy.

Serio - sądzę, że zestawiając rzekome płycizny "Ocalenia" z rzekomą głębią "Dnia Sądu", piszący polegali tylko na swej pamięci o filmie sprzed 18 lat. A pamięć to naprawdę zawodna przewodniczka.

Bodaj najbardziej rozbroiła mnie seria internetowych recenzji, ktorych autorzy pomstowali, iż tym razem producenci wyprali scenariusz z tak ważnych w Terminatorze "rozważań o istocie człowieczeństwa". Wolne żarty. Toż to wątek ledwie zarysowany podczas prób uczenia Terminatora nowych zachowań przez 10-letniego Johna Connora. Poza nim sprawa jest tożsamości jest jasna: po jednej stronie są bezduszne maszyny nie idące na żaden kompromis, a po drugiej ludzie (i psy z poświęceniem obszczekujące cyborgi).


Jeśli już jakaś "filozofia" ciąży nad wcześniejszymi filmami, to z pewnością są to rozważania o naturze czasu, o predestynacji oraz o wolnej woli. Czy przyszłość jest zapisana raz na zawsze, czy "dzieje się" pod wpływem naszych obecnych działań? Na tym polu nawet odsądzana przez fanów od czci i wiary część trzecia - "Bunt Maszyn" - wnosi nieco nowego, zwycięsko wychodząc (moim zdaniem) ze scenariuszowej pułapki jaką jest rozegranie akcji PO TERMINIE apokalipsy zapowiadanej w 1984 roku.
Natomiast co do "tożamości gatunku ludzkiego", to dopiero w tym roku - wraz z tragiczną postacią Marcusa Wrighta i jego ostatecznym wyborem - chętni dostali mocny materiał do rozważań i polemik.

Nie rozumiem mechanizmu, który widzom w czwartej części popularnego hollywoodzkiego filmu akcji każe oczekiwać warstwy głębokiego przekazu, ulepionej z czegoś innego niż proste emocje: strach, zaskoczenie, wzruszenie, rozbawienie. Ja ich doznałem podczas seansu pod dostatkiem.
"I'll be back" w ustach Connora, groteskowa zbieranina ocalałych dowódców z różnych armii w łodzi podwodnej i nieopierzenie nastoletniego Kyle'a Reese'a - to część rzeczy, które dobrze wypełniły mi potrzebę "autoironii typowej dla Terminatora", o którą tak żarliwie apelują recenzenci.
Zduplikowany cyfrowo nagi Schwarzenegger to - w mojej ocenie - sensowny i najlepszy obecnie hołd dla twórców poprzednich części.
Przerażająco nieracjonalne, ryzykowne, ale intuicyjne - a przez to ludzkie - zachowanie pilotki Williams to z kolei źródło paru nie najtańszych wzruszeń. Zaś co do istoty każdego filmu akcji, czyli "wbijania w fotel" - kilka razy łapałem się na niekontrolowanych ruchach dłoni i stóp, gdy całym sobą chciałem pomóc bohaterom w walce lub ucieczce. Strona wizualna filmu - choć ze zrozumiałych względów ascetyczna - pozostaje na długo w pamięci.
Czy do takiej mieszaniny trzeba naprawdę czegoś głębszego? Ja po "coś głębszego" zwracam się raczej ku półce z "Siódmą Pieczęcią" albo czymś podobnym.

Read more...

...i można też tym zabić. Komara na przykład

10 czerwca 2009

Ta notatka jest całkowicie cytatem. Nieoceniony Leniuch (leniuch.blox.pl) napisał to przed kilku dniami. Sprowokował względnie małą falę komentarzy, lecz - zgodnie z oczekiwaniami - sporo z nich uznało notkę za tendencyjnie wsteczną i nieżyciową. A mi jakoś skomponowała się z filmem ''Stan gry'', który w tych właśnie dniach miałem przyjemność obejrzeć.


Tryumf techniki.
Wyobraźcie sobie urządzenie o displeju > 20 cali, rozdzielczości lepszej niż HD, kontraście takim, ze nie przeszkadza mu pełne słońce na wprost. Grubość - poniżej milimetra.
Prezentowane na nim treści są permanentnie archiwizowane w technologii WORM (Write Once, Read Many), nikt ich chyłkiem nie skasuje, ani, co w internecie coraz częstsze - nic nie dopisze.
Zużycie energii - zaniedbywalnie małe, może pracować na jednej baterii AAA aż do jej wyładowania, a nawet po. W gruncie rzeczy można tę baterię nawet zostawić w domu, bez uszczerbku dla komfortu użytkowania gadżetu. Jego waga wyniesie wtedy parę gramów. Mimo dużej przekątnej jest całkowicie mobilny, bo łatwy do złożenia, a nawet - zrolowania.
No i cena - poniżej 1 euro. Właściwie to poniżej dolara, w zakresie 2-3 złotych.

Tak, to gazeta.







Read more...

Trochę mroku w jasne dni czerwcowe

3 czerwca 2009

Zbliża się ten dzień czerwcowy, na który czekają tysiące, jeśli nie miliony ludzi. Wszędzie - jak okiem sięgnąć - plakaty. Trudno oprzeć się chęci skonfrontowania przeszłości z przyszłością. A choć malkontenci narzekają, trudno też wyrzec się chęci zagłosowania. Nogami. Na czwartego Terminatora.

Być może - nie mam tego jak sprawdzić przed 5 czerwca - recenzenci mają rację i tego filmu nie należało już produkować, jeśli ma w nim nie być tej cieniutkiej autoironii poprzednich części, ani Arnolda w ludzkiej powłoce. Ale należę do tego gatunku ludzi, którzy uzależniają się przede wszystkim od opowiadanej historii. Dlatego - poza wszystkim innym - chcę wiedzieć jak to się kończy.
Z tego samego powodu cierpliwie znosiłem coraz słabszych ''Piratów z Karaibów'', patetyczno-minoderyjnego trzeciego Matriksa, kolejne elementy sagi Orsona Scotta Carda o Enderze, z książki na książkę grzęznące coraz głębiej w mule naciąganych rozważań etycznych.

Uzależnienie od historii pojawia się wszakże tylko wówczas, gdy przynajmniej na początku ta historia jest doskonale opowiedziana. Tak, że wychodząc z sali, albo zamykając książkę, przez sekundę nie mamy orientacji gdzie właściwie jesteśmy.


O tym, że z taką siłą Terminator odcisnął się nie tylko na mojej wdzięcznej pamięci, świadczy - przykład pierwszy z brzegu - mnogość stron Wikipedii poświęconych i filmowi, i różnicom technicznym poszczególnych modeli maszyn z przyszłości, i Skynetowi i wielu innym detalom.
Jakiekolwiek nie okaże się zwieńczenie tetralogii - wpływu pierwszych części na kino, na fantastykę i nawet na zbiorową wyobraźnię, nic już nie umniejszy.


PS.
A to, że w tym tygodniu 5 czerwca z premierą ''Ocalenia'' jest dla mnie ważniejszy niż niedziele eurowybory, to naprawdę nie moja wina. Niech się wstydzą ci, którzy tak jałowo ale za to natrętnie, usiłują mi wmówić, że ja już dawno pojąłem rangę wysyłania delegatów do Brukseli.

Read more...

Skarb z Taniej Książki

5 maja 2009


Stoły uginające się pod niechcianymi książkami, wąskie przejścia pełne skupionych studentów i emerytów. Takich ''Tanich Książek'' jest po kilka w każdym mieście. Wydawniczego chłamu leży w nich co niemiara, ale i o niedocenione skarby można się tu potknąć nie raz i nie dwa. Ja w ten sposób potknąłem się o ''Wielki sen o niebie''.



Nazwisko Sam Shepard powinno jakoś kojarzyć się miłośnikom filmów hollywodzkich. Twarz tego człowieka może nawet bardziej - większość ról w jego dorobku to postaci drugoplanowe (generał Garrison w ''Helikopterze w ogniu'', Frank James w ''Zabójstwie Jessiego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda''), ale doprawdy charakterystyczne. To jednak wcale nie najważniejsza rekomendacja, by wziąć do ręki niewielką książeczkę sygnowaną nazwiskiem aktora. Iluż bowiem aktorów ma w dorobku nie tylko szereg nominacji do nagród Emmy, Złotego Globu i Oskara, ale również... zdobytą za sztukę teatralną nagrodę Pulitzera?
Otóż Sam Shepard to zarówno aktor, jak i dramaturg, scenarzysta oraz pisarz. Nostalgiczny i niestrudzony piewca Zachodu, ktory jednak nie jest już krainą do podboju, wyzwaniem dla pionierów, pełnym okazji do heroizmu. Zachód Sheparda to świat wyzwań codziennych, rodzących się w małych miasteczkach, niewielkich (i często dość zamkniętych) społecznościach. Świat pospolitych trosk i małych dramatów.

''Wielki sen o niebie'' to osiemnaście opowiadań, które zaludniają najzupelniej zwyczajni ''tutejsi''. Farmerzy, sprzedawcy, samotne matki, robotnicy. Ich życie płynie monotonnym raczej rytmem w świecie naznaczonym przez zdezelowane stacje paliw, przydrożne jadłodajnie migoczące bladymi, zdefektowanymi neonami, stare magazyny i domy na kółkach.
Gdyby jednak na tym tylko poprzestać, szkoda byłoby czasu na dłuższe obcowanie z tak prostymi obrazkami z życia amerykańskiej prowincji. Kunsztowne jest w tym tomiku spoiwo wszystkich tych opowieści - gęstniejąca w tle wszystkich opowiadań tęsknota i chętka by coś zmienić. Uciec jedną z wielkich międzystanowych szos za daleki horyzont.
Żaden bohater Sheparda jednak nie wspomina o świecie, który jest gdzieś tam, gdzieś indziej. Może nawet większość nie uświadamia sobie natury tej niewypowiedzianej tęsknoty. Dla wielu to chyba zresztą nie tęsknota, a tylko uspokajająca myśl, że gdyby coś chcieć zmienić, to zawsze w odwodzie jest międzystanowa i dowolne inne, zapomniane miejsce na Południowym Zachodzie, gdzie wszystko możnaby zacząć lepiej, inaczej... Istnieje przecież żywy dowód tego innego, możliwego świata - to wszyscy przyjezdni. Gnani czymś ze stanu do stanu wpadają na skrzydełko kurczaka albo na kawę do miejscowych barów a potem pędzą dalej. Pewnie mają do czego... Choć czy na pewno? ''Spoglądam na moją tackę ze skrzydełkami. Wydają się bardzo odległe. Nie mam pojęcia w jakim jestem mieście. To bez znaczenia. Nie mam pojęcia do jakiego miasta jadę. Nie mam żadnych planów'' [opowiadanie ''Szyld prosto z życia''].

Sam Shepard pojawił się w moim życiu prawie ćwierć wieku temu. Razem z Wimem Wendersem (reżyseria), Ry'em Cooderem (muzyka) i Robby Müllerem (obłędnie piękne zdjęcia) - jako autor tekstu, który posłużył za scenariusz filmu ''Paryż, Texas''. Od czasu seansu w nieistniejącym już bydgoskim kinie ''Awangarda'' wciąż nie znalazły się filmy zdolne wypchnąć ten obraz z pierwszej trójki najbardziej przeze mnie ulubionych. Inaczej niż w ''Paryż, Texas'' a także inaczej niż w napisanym również przez Sheparda scenariuszu ''Simpatico'' - przestrzenie zamknięte w najnowszych opowiadaniach nie są miejscem uzdrawiającej przemiany. Nie są sceną na której rozgrywa się walka charakterów. Tu Shepard portretuje miejsca, w których nie ma sensu oczekiwać życiowej kulminacji czy chwili przełomu. Wypada po prostu trwać sam na sam ze sobą.

Ciekawa rzecz, jak bardzo ta niezmienność portretowanych miejsc przerzuca się na sposób widzenia czytelnika. Opowiadania w ''Wielkim śnie o niebie'' rozgrywają się współcześnie o czym świadczą niezliczone szczegóły. Ja jednak podczas lektury wciąż łapię się na wyobrażeniach jak z obrazów Edwarda Hoppera. Zmieniły się może samochody, ale gęsty czas tkwi tam w bezruchu jakby lata 40. jeszcze się nie skończyły.

Edward Hopper ''Fabryka opakowań w Gloucester'' (1928). Reprod. z książki ''Hopper'' seria ''Klasycy sztuki'' Rzeczpospolitej

Read more...

Prawie z ostatniej chwili. Duża szansa dla fok

Wielkie, ufne ślepia, urocze pyszczki i mięciutkie futerko. Foki - piękne, łagodne stworzenia, bynajmniej nie łagodnie mordowane. Dla owych futerek głównie. Dziś największy rynek zbytu dla owych futer - Unia Europejska - wprowadził zakaz handlu wyrobami z fok. To nadzieja, że i polowania na foki będą rzadsze.

Przed dwoma miesiącami pisałem o tym, że nawet przez kilkoro polskich europarlamentarzystów można wywrzeć nacisk na jedną z kluczowych komisji PE, by nie ulegała lobbystom starającym się osłabić brzmienie projektowanych zapisów.
Dziś już po wszystkim. Parlament Europejski przytłaczającą większością głosów przyjął całkowity zakaz handlu wyrobami z fok. Jak czytamy na stronie PE: '' W praktyce zakaz oznacza, że z rynku znikną towary produkowane z mięsa, tłuszczu i skór fok, takie jak torby, buty, nakrycia głowy i rękawice używane m.in. przez narciarzy, bokserów i motocyklistów. Nie będzie wolno wprowadzać na rynek niektórych produktów farmaceutycznych, na przykład suplementów diety zawierających kwasy tłuszczowe Omega 3''.

''This vote means that all three European Union (EU) institutions -- the Commission, the Council, and the Parliament -- are now in agreement, and seal products will no longer be placed on the market within the EU'' - jak donosi Human Society International, jedna z organizacji, aktywizująca społeczeństwa do poparcia zakazu.
HSI szacuje, że już same doniesienia o opracowywaniu w Europie tego zakazu, zdołały uratować życie około ćwierć miliona fok. Europa była bowiem przez lata głównym rynkiem zbytu dla kanadyjskich myśliwych. W ciągu dwóch lat - wskutek doniesień z Europy - cena skóry foczej kupowanej od łowcy spadła o 86 proc., do 15 dolarów kanadyjskich. W tym roku wielu myśliwych w ogóle zarzuciło polowania, wskutek czego z przewidzianej liczby 338.200 fok - zabito 57.622 zwierzęta.


Stop the Seal Hunt
Załadowane przez: PETATV


Osobiście nie liczę na to, że odtąd osławione kanadyjskie polowania na foki (te krwawe, z pałką w garści) kompletnie przejdą do przeszłości. Jakiś popyt jednak na skórki w Europie i na świecie był. Zakaz sprawi, że handlujący ponosić będą większe ryzyko, co z kolei wywinduje cenę szmuglowanych wyrobów. Powstanie czarny rynek i niejednemu człowiekowi łamanie zakazu będzie się sowicie opłacać.
Furtki do nadużyć zawiera ot choćby taki fragment: ''Produkty z fok będące owocem tradycyjnych polowań prowadzonych przez społeczności Eskimosów i przyczyniające się do ich utrzymania zostaną wyłączone z zakresu rozporządzenia. Dozwolone będą także polowania, których zasady określone zostały na podstawie prawa krajowego i których celem jest zapewnienie zrównoważonego użytkowania zasobów morskich''. Żonglerka kwitami potwierdzającymi, że towar pochodzi z ''tradycyjnego polowania Eskimosów'' jest całkiem łatwa do wyobrażenia. Podobnie jak próby zblatowania tej czy innej społeczności eskimoskiej do tuszowania większego przemytu.
Ale te wszystkie możliwości oczywiście w niczym nie umniejszają rangi europejskiego zakazu. To (z uszanowaniem wszelkich proporcji) sytuacja przypominająca handel narkotykami. Każdy nacisk ze strony organów pilnujących prawa zwiększa ryzyko, ale zarazem winduje zyski, gdy ryzyko przestępców się powiedzie. Ale nikt rozsądny nie wyobraża sobie, by wobec tego walki z handlem narkotykami zaniechać.

Read more...

Uzupełnienie do zdjęć z interioru

27 kwietnia 2009

Tabliczka ze stacji w Bronowie, zachęcająca do zachowania wielkopolskiej czystości, przypomniała mi, że od minionego lata mam w swych zbiorach podobne trofeum.

Oto jakie problemy z porządkiem nurtują zarząd dworca PKS w uroczym skądinąd Lubaniu na Dolnym Śląsku. Jaka precyzja w tej wskazówce dla podróżnych...
Na dworcu w Lubaniu

Read more...

Migawki z krainy spowolnionego czasu

25 kwietnia 2009

Gdy raz, od wielkiego dzwonu, opuszczamy duże miasto i zanurzamy się w klimat prowincjonalny - miło ulec złudzeniu, że wszystko tu inne. To oczywiście nieprawda: nikt tu nie jest wolny od problemów (często większych niż te miejskie). Ale rozległe niebo i relikty przeszłości sprzyjają takim fantazjom.

Notki jakieś bardziej fotograficzne mi się zrobiły w tych dniach, ale czas po prostu nadrobić zaległości w obróbce nazwożonego zewsząd materiału.
Oto migawki (klikamy dla powiększenia):

Mistrz z Kobylina


Okno pracowni artysty (też Kobylin)


Stary ratusz w Borku Wlkp. - niebawem jak nowy


Piece w kobylińskim gimnazjum już tylko zdobią - grzeje co innego


Uliczka Bruczek


Gdzieś pośrodku pól i lasów


Pod Żninem wiatraki atakują znienacka


Nieznany już nawet w Poznaniu, wielkopolski ''porzundek'' na stacyjce Bronów


Bronów i bronowskie pobożne życzenia

Read more...

Na udręki 16-latków... Duda!

Przeleciały jak błyskawica tegoroczne testy na zakończenie gimnazjów. Notka z tej okazji będzie krótka, ale... hmmm... treściwa.
Przyjechawszy z pogadanką dla młodzieży w dalekim Kobylinie*) zerknąłem na tablicę ogłoszeń w korytarzu gimnazjum. Pełna była zupełnie zwyczajnych ulotek zachęcających do zapoznania się z ofertą edukacyjną okolicznych szkół średnich. Lecz jedna pomiędzy nimi była absolutnie niezwyczajna; uderzała i jaskrawą barwą i mocą hasła, któremu chyba żaden gimnazjalista nie da rady się oprzeć:




--------
*) Trzytysięczny Kobylin leży pod Krotoszynem, który leży pod Ostrowem Wlkp., który leży pośrodku niczego - niemal dokładnie w tej samej odległości jednocześnie od Poznania, Wrocławia i Łodzi.

Read more...

Wiosna: powietrze pachnie trawą...

18 kwietnia 2009

Nie, notka nie będzie o narkomanii, co możnaby podejrzewać za sprawą słówka ''trawa''. Jednak także dotyczy nałogu (bakcyla w wersji łagodniejszej). Coś się bowiem w człowieku wyrywa w taką pogodę na pole, że nie ma zmiłuj.

Mowa o polu golfowym, za którym zdążyłem się nieźle stęsknić od jesieni. A nawet gdybym aż tak stęskniony nie był, to nie ma siły, by nie poruszyły mnie takie oto migawki. Ta niesamowita seria holes in one miała miejsce podczas jednego tylko dnia na US Masters (przed parunastu dniami zaledwie). Warto odnotować, że jeden z takich strzałów przypadł w udziale 74-letniemu, genialnemu Gary'emu Playerowi:


Read more...

Śmierdzące jajeczko

11 kwietnia 2009

W Wielki Czwartek w w redakcji ''Rzeczpospolitej'' odbyło się referendum. Pracownicy mieli zadecydować, czy zgadzają się na obniżenie wszystkim wynagrodzenia o 10 proc., czy też chcą indywidualnie negocjować warunki dalszej współpracy z kierownictwem spółki. Jedno dobre w tej zupełnie niewesołej wiadomości to fakt, że kierownictwo w ogóle miało z kim to ustalić.

Powody tej sytuacji są oczywiste: rynek prasy papierowej się kurczy. ''Rzeczpospolita'' (wg informacji Wirtualnych Mediów, cytujących dane ZDKP) w lutym zanotowała najgorszy wynik sprzedaży w historii: 126 623 egz. (spadek o 12 proc.).
Koszty zatrudnienia są najbardziej ''plastyczne'' - nie ma sposobu, by na np. kosztach druku albo dystrybucji zaoszczędzić z tak szybkim efektem, jak w przypadku cięć pracowniczych.

To prawda trywialna. Natomiast dyskusja czy efekt jakościowy takich cięć będzie równie korzystny, staje się bezprzedmiotowa, jeśli menedżment składa się z wyznawców ''zasady Filipiaka'': >Każdego specjalistę można zastąpić skończoną liczbą studentów.<

Powtórzę jednak, że w mej skromnej opinii, lepiej dla załogi ''Rzepy'' wchodzić w Wielkanoc z bolesnym pytaniem z referendum, aniżeli z wiadomością o tym kto - bez żadnej dyskusji - ''leci'' z fimy wskutek arbitralnej dyskusji szefostwa.
Nie znam wyników referendum; wierzę, że pewni swej wartości pracownicy mogą mieć opór przed zgodą na przycięcie swej płacy, by ratować posady tych, których sami niezbyt cenią. Jeśli jednak z grubsza wyniki głosowania będą takie, jak zakłada zakładowa ''Solidarność'', to jestem przekonany, że na dłuższą metę będzie to dobre dla całego wydawnictwa. Tak samo dla załogi, jak i dla kierownictwa. Utwierdzi to bowiem ludzi w przekonaniu, że mają na swoją firmę realny wpływ. Że są jej częścią naprawdę, a nie tylko na użytek wewnętrznych e-maili zarządu, pławiącego się w odmienianiu we wszystkich przypadkach słów ''kochani'', ''nasi drodzy'', ''nasza firma'', ''my'', ''musimy'', ''wspólnie'' i tak dalej.

Tak jak jestem sceptyczny wobec przyszłości gazet uparcie chcących łączyć wysokonakładowość z opiniotwórczością i z zyskami zarazem, tak samo upatruję pewnych szans w umiarze, który pozwala spotkać się gdzieś w pół drogi związkowcom i zarządowi.
W pewnych warunkach może z tego rodzić się nowa jakość w środowisku, lepiej zmotywowanym do stawiania czoła turbulencjom na rynku.

Read more...

Druga strona doświadczenia za kierownicą

8 kwietnia 2009

W reakcji na mój dawniejszy wpis o artykule poświęconym słabym kandydatom do praw jazdy, znajomy przysłał mi pewną historię.

Napisał: Kilka dni temu ktoś chciał mnie staranować. Nie nauczył się jak jeździ się na rondzie i nie opanował wszystkich znaków drogowych. Jednym słowem dno! Nie wiem, czy zdał za pierwszym, czy za dziesiątym razem. Nie wie jak zjechać z wewnętrznego pasa na zewnętrzny i się boi. Bojąc się, jedzie [stale] po zewnętrznym dookoła, łamiąc przepisy Prawa o Ruchu Drogowym. Policja łapie pędziwiatrów, a kto złapie sieroty?

Może nie jest najzręczniejsze, abym to ja potakiwał tak wyrażonej opinii, bo ktokolwiek widział moje dokonania za kółkiem, ten również musiał z pewnością przełykać różne słowa, z których ''sierota'' było raczej łagodniejszym. Ale szczerze się zgadzam - zawalidrogi potrafią przysporzyć w ruchu niewiele mniej kłopotów a nawet zagrożeń, co upojeni szybkością cwaniacy wyprzedzający wszystko z silnikiem mniejszym niż ich własny.

Oczywiście istnieje w praktyce policyjnej coś takiego jak mandaty za utrudnianie ruchu (więc także np. za zbyt wolną, nieuzasadnioną warunkami jazdę po autostradzie itp.). Przykład kierowcy łamiącego zasady poruszania się po rondzie to wręcz oczywiste pole do popisu dla drogówki. Ale ciekawym czy ktokolwiek słyszał wiarygodną historię o konkretnej osobie choćby pouczonej w takich okolicznościach?

Ale z drugiej strony - jak mawiał Tewje Mleczarz - nie mogę jednak nie posadzić sam siebie w wyobraźni za kierownicą samochodu i nie wspomnieć jak (pardon) posrany bywam przy całym moim beztalenciu, gdy już muszę się włączyć do ruchu. Podświadomie uruchamia się wtedy w człowieku żądanie wyrozumiałości dla niewprawnych, bo ''każdy kiedyś się uczył'' a także ''każdy jakoś musi doskonalić jazdę zanim osiągnie mistrzostwo''. (Czy faktycznie kiedykolwiek je osiągnie, to inna kwestia).

W zamierzchłej przeszłości był taki pomysł, by nieśmiałym nowicjuszom nieco to doskonalenie w boju ułatwić. Lansowano naklejanie etykiet sygnalizującymi z dala, że ten pojazd prowadzi ktoś równie ''zielony'' jak liście na tych naklejkach.

Pomysł był oparty na cokolwiek kropotkinowskiej wierze w naturalną dla ludzi dobroć i życzliwość, ale rzeczywistość sprzyjała raczej kantowskiemu poglądowi o przyrodzonym ludzkiej naturze złu. Chyba każdy zaaferowany nabywca upragnionego autka, który zaopatrywał się w sklepie ''Polmozbytu'' we wspomniane naklejki, usłyszał kiedyś zjadliwy dowcip, że od teraz jego wóz jest jak kapusta:
- Z przodu liść, z tyłu liść, a w środku głąb.

Słabo jeździć ale grać kozaka - źle. Być marnym kierowcą i głośno apelować o wzgląd na to - jeszcze gorzej. Wobec tego zgrabnej Puenty w tej notce nie będzie, bo komentarz znajomego, od którego ją zacząłem, tylko zamęt mi wprowadził w uporządkowaną wizję szos polskich :)

Read more...

Dobry, Zły i Brzydki z przedmieścia Detroit

4 kwietnia 2009

''Gran Torino'' to film, który daje nawet więcej niż obiecuje. Niestety - gdy zerknąć na te bonusy chłodno i z rzeczowym dystansem, okaże się, że to dość tanie i pospolite błyskotki.



Samego Clinta Eastwooda w takiej formie aktorskiej, byłoby dość, aby film zasłużył na cały swój rozgłos. Rzecz nawet nie w tym, że występuje w takim wieku - co dość niegrzecznie mu się wylicza w zapowiedziach ''Gran Torino''. Po prostu tworzy pełnokrwistą kreację, przeobraża się w człowieka tak realnego, że w parę chwil widz ulega iluzji, iż tego wkurzającego dziadygę zna od wielu lat z własnego sąsiedztwa.
Co więcej - choć być może jest to typ najbardziej podobny do sierżanta Highwaya ze ''Wzgórza Złamanych Serc'' - mimo wszystko Eastwood ma wciąż do zaoferowania bogaty wybór środków wyrazu i nie kopiuje po prostu swych wcześniejszych postaci. Czego nie o każdym starym mistrzu da się powiedzieć - np. o Jacku Nicholsonie, żeby daleko nie szukać.
Dlaczego więc, zadowolony z seansu zaraz po wyjściu z kina, dziś roztrząsam na nowo to, co obejrzałem i kręcę lekko nosem?

Z jednej strony doceniam to, jak skutecznie w jednym obrazie połączono tak wiele warstw tematycznych. Powiedzmy bowiem szczerze - nie da się jednym zdaniem orzec ''o czym to jest''. Czy to film o starzeniu się? O porozumieniu bądź nieporozumieniu między pokoleniami? Albo może między kulturami? A może o upadku amerykańskiego mitu? Czy przeciwnie - o drodze ku jego wskrzeszeniu? Lub też po prostu jest to głos w dyskusji o sensie albo bezsensie przemocy? To na tyle dobry film, że takim prostym streszczeniom się wymyka.
Jest jednak i druga strona. W tym gąszczu problemów, gdzie każdy wątek otwiera kolejny i tworzy hipnotyczną zachętę do wejścia w głąb świata Walta Kowalskiego, nawet nie zauważamy jak zręcznie i prostymi ścieżkami prowadzeni jesteśmy ku jedynym słusznym sądom w każdej z problematycznych kwestii. Jak łatwo dajemy się popychać w stronę identyfikacji z szorstkim, lecz dobrym bohaterem Eastwooda, gdy jego tłem są postaci szkicowane grubą, jednoznaczną krechą. Od tępawych wnucząt, poprzez konformistycznych synów i obdarzonych przyrodzoną dobrocią sąsiadów, aż po pozbawionych hamulców gansterów - Walta Kowalskiego otacza świat, sprawiający, że widz wierzy w szlachetność tego faceta, jeszcze zanim zdarzy się cokolwiek, co mogłoby ją potwierdzać.
Nie najkunsztowniejszy to sposób kreowania konfliktu na ekranie, prawda? Ale cóż - nie ma się co dziwić, że gdy do gry wchodzi zawodnik tej klasy co Eastwood, cała rozgrywka staje się mu podporządkowana.

Read more...

Kłopoty z patrzeniem przed siebie

19 marca 2009

W dziennikarstwo wpisana jest nietrwałość wypracowanego dorobku. ''Dzisiejsze gazety wyścielą jutrzejsze kosze'' - to bodaj najkrócej wyrażony pogląd na to, jak szybko publikacje tracą swą siłę. Ale niekiedy to wcale nie przekleństwo, a błogosławieństwo tego zawodu.

Tak się złożyło, że ''odkryłem'' w domu stertę tygodników z ubiegłego roku. Do części z nich nie zajrzałem na czas i dotąd leżały nieprzeczytane. Przed wyrzuceniem przewertowałem kilka z nich. Na dłużej moją uwagę przykuł tekst z ''Polityki'', z 3 maja 2008: ''Bałkanizacja po rosyjsku''. A dokładniej - jego podtytuł: ''Wojna na Kaukazie nikomu by się nie opłaciła. Zwłaszcza Rosji''.
Autor prowadzi interesującą i naprawdę pogłębioną analizę splotu zależności gospodarczych między Rosją a Gruzją, stanu kontroli jednego i drugiego państwa nad spornymi terenami oraz zewnętrznego otoczenia politycznego. Dwie kolumny takiego wywodu są dostatecznie ostrożne i rzeczowe, tak, że nie ma się do czego przyczepić. I dopiero puentując swój tekst, autor dzieli się opinią: ''Rosji też musi zależeć na spokoju. Ewentualna awantura z pewnością obudzi ich stronę Kaukazu''.


Jak wiemy - ''awantura'' zaczęła się trzy miesiące później, 7 sierpnia, i przybrała niespotykany rozmiar. Nie w tym upatruję niecelności analizy Jędrzeja Winieckiego, że do wojny w ogóle doszło. Choć wskazał czynniki, które powinny powstrzymać Tbilisi i Moskwę od walki, to nie przesądzał, że wszyscy na pewno postąpią rozsądnie. Ale w tym problem, że nie nastąpił skutek wojny, którego pojawienie się ''z pewnością'' autor zapowiadał. Rosja odniosła doraźne zwycięstwo okupione długofalowym zrujnowaniem wizerunku a nawet narastającymi problemami z własnym społeczeństwem, jednak północny Kaukaz bynajmniej nie stanął w ogniu. Nikt tam, po wrażeniu jakie zrobiła skala inwazji, nie zamierza być następnym.

Spotykamy ten problem w dziennikarstwie bardzo często (a wciąż znajdują się tacy, co - jak ja - sięgają do niegdyś napisanych tekstów). Jest wręcz immanentną częścią tego zawodu, którego głównym wskazaniem jest ''być pierwszym''. Zarówno w przytoczeniu newsa, jak i w sformułowaniu analiz dla rozwijającej się sytuacji. Z danymi dostępnymi do przekazania w tekście, jest jak z za krótką kołdrą: im bardziej walczymy o to, by ją przesunąć w czasie ''do siebie'', tym bardziej brakuje twardych danych z czasu przyszłego.
Teoretycznie najłatwiej się ustrzec przed tym problemem, w ogóle nie siląc się na proroctwa dotyczące przyszłości. Ale to nie wchodzi to w grę - równie ważnym dziennikarskim imperatywem co szybkość, jest też objaśnianie. Pisanie nie tylko o zdarzeniu, ale tłumaczenie z czego się wzięło i JAKIE MOŻE MIEĆ SKUTKI.
W praktyce zostaje więc tylko jedna, ale bezcenna metoda konstruowania tekstu: cytować autorytety. Dopytywać, nawet ''dociskać'' - i jeszcze raz cytować.

Read more...

W taką rocznicę głos wypada oddać mądrzejszym

10 marca 2009

50. rocznica Powstania Narodowego, które wybuchło w stolicy Tybetu, Lhasie, przeciwko chińskim represjom. Dobry moment dla ponownego zwrócenia uwagi na tę trwającą ponad pół wieku okupację, która dotąd kosztowała życie 1,2 mln ludzi.

Każdorazowe przywołanie nazwy Tybetu ożywia też ludzi, którzy nawołują do realizmu w polityce, apelują o zaakceptowanie chińskiego punktu widzenia w imię dobrych interesów, czy przynajmniej malują nieciekawy obraz tybetańskich stosunków społecznych sprzed chińskiej inwazji.

Jako człowiek, który połowę dotychczasowego życia przetrwał w reżimie, chronionym m.in. przez zachodnie poszanowanie dla ''realpolitik'', jasno opowiadam się za tybetańskim prawem do samostanowienia. Ale dla wsparcia tybetańskich racji posłużę się dziś odnośnikiem do tekstu fachowca, Elliota Sperlinga, dyrektora Ośrodka Studiów Tybetańskich Uniwersytetu w Indianie. Tłumaczenie jego tekstu dla New York Timesa zamieszcza portal ratujtybet.org :

>>Jakkolwiek Tybet podporządkował się rządom Mongołów i potem Mandżurów, nigdy nie został przyłączony do Chin. Te same dokumenty, które wskazują na poddanie Tybetu wobec obydwu dynastii, podają także, że chińska dynastia Ming (rządząca w latach 1368-1644) nigdy nie miała kontroli nad Tybetem. Ciekawe, biorąc pod uwagę upór Chin w twierdzeniu, że ich zwierzchnictwo nad Tybetem trwa nieprzerwanie od XIII wieku. Co więcej, idea ta powstała dość niedawno, bowiem jeszcze na początku XX wieku chińscy pisarze generalnie datowali przyłączenie Tybetu do Chin na wiek XVIII. Określali status Tybetu za rządów Qing jako ‘zależność feudalną’, a nie jako integralną część Państwa Środka. Kiedy w 1911r. dynastia Qing upadła, Tybet ponownie stal się niepodległym krajem.<<

Read more...

Gadać się nie chce

5 marca 2009

Kiedyś e-maile zabiły (niemal) sztukę pisania listów. Dziś one-linery zabijają e-maile, pojmowane jako mozolne pisanie listów, tyle że nie długopisem a klawiszami. A co padnie ofiarą jutro?

W internetowej prehistorii (jakieś - lekko licząc - 10 lat temu) odbyła się niejedna debata o tym, jaki wpływ będzie miała komunikacja sieciowa na relacje międzyludzkie. Wtedy problemem nurtującym badaczy było to, czy pisanie e-maili i czatowanie to prosta droga do wyobcowania środowiskowego czy może przeciwnie - szansa na stopniowe otwarcie się społeczne ludzi wycofanych i introwertycznych? Czy to groźba zanikania głębszych pokładów uczuć, wypieranych przez powierzchowne i nietrwałe relacje, czy jedynie zaadoptowanie tradycyjnej komunikacji do nowych realiów technologicznych?

Felieton na stronie internetowej ''Daily Telegraph'' *) dowodzi, że nowe czasy przynoszą zazwyczaj stare problemy - jedynie w innym opakowaniu. Tym razem problemem okazuje się niechęć nowego cyberpokolenia, wychowanego na wiadomościach one-liner, do używania paszczy. Czyli rozmawiania, i to nawet przez komórkę.

Cała konstrukcja wydaje mi się nieco naciągana, bo mimo wszystko trudno mi uznać, że po parunastu SMS-ach dziennie nadal woli się wklepywać literki niż po prostu pogadać. Ale niezależnie od trochę fantastycznego punktu wyjścia (na stwierdzenie: ''I thought it might be nicer to talk. Friends are supposed to talk'' zapada cisza z zakłopotania a po niej odzew: ''Have you got post-natal depression?'') warto pomyśleć nad tym, że istotnie szybkie formy komunikacji wypierają te czasochłonne.
Kiedyś e-maile zabiły (niemal) sztukę pisania listów. Dziś one-linery zabijają e-maile, pojmowane jako mozolne pisanie listów, tyle że nie długopisem a klawiszami. Jutro pewnie Twitter i jego klony zamachną się na życie blogów.
Czy to powód wyłącznie do smutnego wzdychania za przemijającym światem? Osobiście sądzę wprost przeciwnie: pozorne ''wymieranie'' pewnych rodzajów komunikacji z innymi ludźmi, czyni te sposoby bardziej ekskluzywnymi i cenniejszymi. Dawna przyjemność otrzymania długiego listu starannie napisanego piórem obecnie jest już przyjemnością wręcz szaloną. Długie rozmowy telefoniczne staną się może rzadsze, ale będzie można trawić czas na nie z ludźmi, na ktorych naprawdę nam zależy. W powodzi mikroblogowych wyznań o tym, co świat miał dziś na śniadanie i jaka jest pogoda, łatwiej pewnie będzie odnaleźć prace obszerniejsze, pisane z przekonania i z rzetelnego namysłu.

A jeśli - jak mniema autorka felietonu ''Are you a text addict?'' - za przyczyną cyberkomunikacji nieco ludzi powalą nowe dolegliwości **), to może nawet nieco ulżymy planecie?

------------
*) ''Are you a text addict'' By Judith Woods, 4 marca 2009.
**) cyt. ''Forget STDs, FTDs (Facebook Transmitted Diseases) are far more likely to kill you – and you don't even get to have sex.
According to psychologist Aric Sigman, a reduction in personal contact leads to social isolation, which heightens the risk of heart disease, stroke and dementia; and sensational headlines screamed recently that Facebook can cause cancer.''

Read more...

Można coś wskórać mailem

27 lutego 2009

Za trzy dni w Parlamencie Europejskim pewne posiedzenie, którego wynik może leżeć na sercu wszystkim nieobojętnym na los resztek żywej przyrody na Ziemi.

Głosowane będą (nie plenarnie, a w Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów) poprawki do projektu zakazu handlu produktami pochodzącymi z uboju fok. O tym jak wyglądają polowania na foki chyba z grubsza wiedzą wszyscy - są krwawe, najczęściej bez troski o oszczędzenie zwierzętom cierpień i bólu. I wciąż masowe (niebawem rusza sezon na foki w Kanadzie).

Zakaz (egzekwowany i przestrzegany) obrotu skórami i innymi wyrobami z tych zwierząt na terenie całej Unii Europejskiej to szansa, by drastycznie zmniejszyć popyt i tym samym skalę uboju. Ale wcale nie jest przesądzone, że projekt oprze się naporowi lobbystów.

W Komisji zasiada m.in. troje polskich eurodeputowanych:
Małgorzata Handzlik [ e-mail: malgorzata.handzlik@europarl.europa.eu ]
Filip Kaczmarek [ e-mail: filip.kaczmarek@europarl.europa.eu ]
Leopold Józef Rutowicz [ e-mail: leopoldjozef.rutowicz@europarl.europa.eu ]
Choćby tylko do nich wciąż jeszcze można skierować e-mailem taki np. apel:

Prośba o zagłosowanie 2 marca za bezwględnym zakazem handlu foczymi produktami
Szanowna Pani Eurodeputowana (Szanowny Panie Eurodeputowany)
- zwracam się do Pani(-a) o pomoc.
Tej wiosny Parlament Europejski będzie głosować w sprawie przełomowego wniosku o wprowadzenie zakazu handlu produktami foczymi - zakazu, który pomógłby uratować miliony fok przed okrutną, nieludzką rzezią.
2 marca w Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO) Parlamentu Europejskiego odbędzie się niezwykle ważne głosowanie. IMCO zadecyduje jakie poprawki powinny zostać wprowadzone do projektu, i to na podstawie opinii IMCO będą prowadzone późniejsze głosowania.
Ta kwestia powinna powinna być dla IMCO oczywista, w końcu 425 posłów do Parlamentu Europejskiego zaczęło się domagać natychmiastowego zakazu handlowania foczymi futrami i innymi foczymi produktami.
Niestety niektórzy członkowie IMCO starają się osłabiać powyższy wniosek. Sprawozdawca Diana Wallis przedstawiła swoje - co najmniej kontrowersyjne - poprawki, które zezwoliłyby na kontynuację tej okrutnej i krwawej rzezi niewinnych stworzeń.
Przewodnicząca IMCO, Arlene McCarthy, przedstawiła znacznie bardziej stosowny zestaw poprawek, który popiera bezwzględne zakazanie handlu wyrobami pochodzenia foczego. To właśnie te poprawki są popierane przez przytłaczającą większość Europejczyków oraz naszych Parlamentarzystów.
Już za parę tygodni rozpocznie się kolejna rzeź fok w Kanadzie. Jako członek IMCO ma Pani (Pan) możliwość zatrzymać tę przemoc. Zwracam się więc do Pani(-a) z wielką prośbą o zrobienie tego, co zrobić należy: stanięcie w obronie niewinnych fok oraz o poparcie poprawek Eurodeputowanej Arlene McCarthy.
Razem z wieloma Pani(-a) wyborcami, będę uważnie obserwować rozwój sytuacji.
Z poważaniem,
(...)



Read more...

Razem czy z osobna

25 lutego 2009

Zwykle desperacko chce się wierzyć, że spiski nie istnieją, że nasze codzienne starania mają sens, bo są częścią globalnej gry fair. Dlatego myślenie o każdym niepokojącym sygnale z osobna - ratuje nasze podskórne poczucie bezpieczeństwa.

W numerze 7/2009 Newsweeka (Polska) dwie kolumny zajmuje ''Polski ślad kamorry'' Violetty Krasnowskiej. Materiał wpisuje się w obecną falę zainteresowania włoską przestępczością zorganizowaną, wywołaną publikacją ''Gomorry'' Roberta Saviano. Ale ma też dodatkowy walor dla polskiego czytelnika - łączy ze sobą w zazębiające się puzzle historie, które dotąd nasze media miały w zwyczaju opisywać bez szerszych kontekstów.

Wpadka jakiegoś włoskiego gangstera żyjącego w bloku w Krośnie wraz z rumuńską kochanką - to był przed czterema laty raczej przyczynek do sensacyjnych newsów podszytych rozbawieniem: co to za mafioso, co jeździ focusem i ukrywa się na polskim zadupiu.
Mroczne historie Polaków, którzy zamiast do dobrze płatnej roboty na włoskich plantacjach, trafiali tam do nieludzkich obozów pracy (i nierzadko tracili w nich życie) opisywano starannie omijając konteksty z jakimi mogłaby się wiązać lokalizacja obozów na południu Włoch. Koncentrowano się raczej na wątku polskich sadystów gnębiących współrodaków, na wątkach pazernych włoskich plantatorów i nieudolnych dochodzeń karabinierów.

Tymczasem po tym jak Saviano nakreślił rozległą - i wiarygodną, udokumentowaną - panoramę interesów kamorry, sięgających od Kolumbii po Ukrainę i od Kampanii po Szkocję, już raczej nie da się widzieć wszystkiego osobno. Francesco Schiavione (''Cicciarello'') kaptujący z Krosna polskich wspólników, którzy później naganiali ludzi do obozów pracy kontrolowanych przez klan Casalesi - to obraz bardziej kompletny niż oderwane impresje o ciągu nieszczęśliwych przypadków, przez które ludzie lądowali w tych włoskich łagrach. A przestawienie tej zapadki myślowej uruchamia całą lawinę skojarzeń:
* niezliczone wizyty włoskich przedsiębiorców i ''przedsiębiorców'' w poszukiwaniu okazji do inwestycji w polskich miastach;
* wykazane przez Saviano dawne związki kamorry z polskimi gangami dysponującymi dojściami do magazynów wojskowego uzbrojenia;
* udokumentowane inwestycje kamorry w turystykę, przemysł i usługi w najbardziej nawet oddalonych od Włoch zakątkach Europy z Aberdeen na czele (gdzie pewien szkocki gangster stał się pierwszym pełnoprawnym kamorystą nie-Włochem).

...problem, jaki zapewne pojawia się kiedy przychodzi pisać o tak rozległych powiązaniach, płynie stąd, że takie odkrycia strasznie upodabniają się do teorii spiskowych. Dowodząc, że na każdym kroku dostrzega się potwierdzenie obecności skrytego spisku - wystawiamy się na podejrzenie jakiejś obsesji, fiksacji. Zwykle desperacko chce się wierzyć, że spiski nie istnieją, że nasze codzienne starania mają sens, bo są częścią globalnej gry fair. Dlatego myślenie o każdym niepokojącym sygnale z osobna - ratuje nasze podskórne poczucie bezpieczeństwa. Zaś łączenie faktów w monstrualną całość, w to poczucie godzi.

Ale nie sposób zawsze widzieć wszystko oddzielnie. Tak jak (jak pisze Krasnowska) już ''nie ma powodu nie wierzyć Saviano, że kamorra jest także wśród nas''.

Read more...

Wystawiony w otoczeniu wystawiających

24 lutego 2009

Nie ma powodu, by całość wypowiedzi Cichego sprowadzać tylko i wyłącznie do kwestii jego problemów zdrowotnych. Nie jest ta wypowiedź oderwanym od rzeczywistości bełkotem, nawet jeśli nie brak w niej ech osobistych frustracji.

Sobotniego wywiadu ''Dziennika'' z Michałem Cichym oczywiście w ''Gazecie Wyborczej'' nie przeoczono. I nie dziwię się, że szef ''GW'' choć puszczał mimo uszu szereg wcześniejszych ataków, to teraz osobiście odpowiedział komentarzem.
Dziwię się natomiast, że dał się ponieść emocjom i tym samym przyjął cios, który w zamyśle ''Dziennika'' miał zostać środowisku ''GW'' wymierzony.

Przedwczoraj wskazałem, że są w tej wielkiej rozmowie fragmenty, które i tak zostaną wykorzystane bardziej płytko i bardziej instrumentalnie, niż na to zasługują. Kto sięga po ''Dziennik'' w nadziei, że znów znajdzie coś, co będzie przypieprzeniem w ''Gazetę'' - ten i wynurzenia Cichego zrozumie jako przypieprzanie.
I vice versa - kto każdy tekst ''Dziennika'' w tym temacie rozumie wyłącznie jako wyraz obsesji, ten i rozmowę z Cichym sprowadzi wyłącznie do perwersyjnego sięgnięcia po rozmówcę, którego ''nie można obciążać odpowiedzialnością za słowa i czyny''.

Czemuż to nie można? Po niezliczonych kampaniach walki z wykluczaniem ludzi cierpiących na rozmaite choroby, w krytycznym momencie odmawiamy takiej osobie prawa do wypowiedzi?
Czy Michał Cichy jest ubezwłasnowolniony? Czy treść wywiadu sam spisał i przemycił jak gryps z zakładu zamkniętego? Za plecami lekarzy winnych czuwać, by nie zabierał głosu publicznie?
Rozważając to powoli i spokojnie - nie ma powodu, by całość wypowiedzi Cichego sprowadzać tylko i wyłącznie do kwestii jego problemów zdrowotnych. Nie jest ta wypowiedź oderwanym od rzeczywistości bełkotem, nawet jeśli nie brak w niej ech osobistych frustracji. Wskazanie palcem zabierającego głos i wykluczenie sensowności jego wypowiedzi z powodów niezwiązanych z tą wypowiedzią, to gest antyskuteczny. Bo trafia on w osobę, a nie w jej racje. One odtąd żyją własnym życiem.

A Cichy tymczasem - najwyraźniej w pewnym bólu po swej gazetowej przeszłości - mówi rzeczy, które nie są żadnym obrazoburstwem. Jarek Kurski musiałby być bardzo oderwany od rzeczywistości (a z pewnością nie był), gdyby nie wiedział, jak powszechne w łonie samego zespołu ''GW'' było i jest analizowanie polityki firmy i linii dziennika z uwzględnieniem marcowej przeszłości i pochodzenia założycieli. Cichy zresztą nie robi tego wykładziku z intencją dokopania Helenie czy Adamowi (inna sprawa, że - jak wyżej wspomniałem - do tego całą rozmowę sprowadzają forumowi wielbiciele ''Dziennika''). Dał się na to grząskie poletko wypuścić Michalskiemu, próbując zobrazować dlaczego pokoleniowe doświadczenia i podziały stały się jedną z linii pęknięcia opozycji po 1989 roku.

Czy z tej nieszczęsnej rozmowy i z gorączkowej reakcji na nią płynie jakieś przesłanie dla niezaangażowanych obserwatorów?
Jeśli mają związek z mediami i komunikacją, to chyba taki: przy współczesnym tempie debaty publicznej, przekaz myśli złożonej z wielu wątków jest ryzykowny i niewskazany. Próba syntezy jakiegoś zjawiska albo będzie skazana na odrzucenie z powodu swego skomplikowania, albo - w najlepszym wypadku - będzie zanegowana z powodu wątków, które w oczach recenzenta-polemisty są kamieniem obrazy.
Jeden tekst - jeden wątek. Takie smutne przykazanie na te dziwne czasy.

Read more...

Ot, wpadka banalna, a przykro

Internetowe wpadki żyją krócej niż ''papierowe'', lecz i tak są przypadłością medialnie wstydliwą.

Mniej więcej od półtorej godziny żyje sobie na stronie wyborcza.pl wiadomość z działu ''Media, Technologie'' o planowanych redukcjach w dzienniku ''Polska'' i o likwidacji połowy z jego mutacji.
Trudno w to uwierzyć, ale pomimo, że w tekście są pełne nazwy mutacji ''Polski'' - zarówno przewidywanych do zamknięcia, jak i tych, które przetrwają - ktoś odpowiedzialny za zilustrowanie materiału, podłączył czołówkę zupełnie innej gazety.

''Dziennik Polski'' nie ma nic wspólnego z pasauerowskim projektem ''Polska. The Times''. Jest lokalnym konkurentem dla ''Polska Gazeta Krakowska''.
Tak to wyglądało po publikacji tekstu:

Ciekawe czy zatrudnionym w ''Dzienniku Polskim'' było bardziej śmieszno, czy straszno?

Read more...

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP