Numerowane strony

Można coś wskórać mailem

27 lutego 2009

Za trzy dni w Parlamencie Europejskim pewne posiedzenie, którego wynik może leżeć na sercu wszystkim nieobojętnym na los resztek żywej przyrody na Ziemi.

Głosowane będą (nie plenarnie, a w Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów) poprawki do projektu zakazu handlu produktami pochodzącymi z uboju fok. O tym jak wyglądają polowania na foki chyba z grubsza wiedzą wszyscy - są krwawe, najczęściej bez troski o oszczędzenie zwierzętom cierpień i bólu. I wciąż masowe (niebawem rusza sezon na foki w Kanadzie).

Zakaz (egzekwowany i przestrzegany) obrotu skórami i innymi wyrobami z tych zwierząt na terenie całej Unii Europejskiej to szansa, by drastycznie zmniejszyć popyt i tym samym skalę uboju. Ale wcale nie jest przesądzone, że projekt oprze się naporowi lobbystów.

W Komisji zasiada m.in. troje polskich eurodeputowanych:
Małgorzata Handzlik [ e-mail: malgorzata.handzlik@europarl.europa.eu ]
Filip Kaczmarek [ e-mail: filip.kaczmarek@europarl.europa.eu ]
Leopold Józef Rutowicz [ e-mail: leopoldjozef.rutowicz@europarl.europa.eu ]
Choćby tylko do nich wciąż jeszcze można skierować e-mailem taki np. apel:

Prośba o zagłosowanie 2 marca za bezwględnym zakazem handlu foczymi produktami
Szanowna Pani Eurodeputowana (Szanowny Panie Eurodeputowany)
- zwracam się do Pani(-a) o pomoc.
Tej wiosny Parlament Europejski będzie głosować w sprawie przełomowego wniosku o wprowadzenie zakazu handlu produktami foczymi - zakazu, który pomógłby uratować miliony fok przed okrutną, nieludzką rzezią.
2 marca w Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO) Parlamentu Europejskiego odbędzie się niezwykle ważne głosowanie. IMCO zadecyduje jakie poprawki powinny zostać wprowadzone do projektu, i to na podstawie opinii IMCO będą prowadzone późniejsze głosowania.
Ta kwestia powinna powinna być dla IMCO oczywista, w końcu 425 posłów do Parlamentu Europejskiego zaczęło się domagać natychmiastowego zakazu handlowania foczymi futrami i innymi foczymi produktami.
Niestety niektórzy członkowie IMCO starają się osłabiać powyższy wniosek. Sprawozdawca Diana Wallis przedstawiła swoje - co najmniej kontrowersyjne - poprawki, które zezwoliłyby na kontynuację tej okrutnej i krwawej rzezi niewinnych stworzeń.
Przewodnicząca IMCO, Arlene McCarthy, przedstawiła znacznie bardziej stosowny zestaw poprawek, który popiera bezwzględne zakazanie handlu wyrobami pochodzenia foczego. To właśnie te poprawki są popierane przez przytłaczającą większość Europejczyków oraz naszych Parlamentarzystów.
Już za parę tygodni rozpocznie się kolejna rzeź fok w Kanadzie. Jako członek IMCO ma Pani (Pan) możliwość zatrzymać tę przemoc. Zwracam się więc do Pani(-a) z wielką prośbą o zrobienie tego, co zrobić należy: stanięcie w obronie niewinnych fok oraz o poparcie poprawek Eurodeputowanej Arlene McCarthy.
Razem z wieloma Pani(-a) wyborcami, będę uważnie obserwować rozwój sytuacji.
Z poważaniem,
(...)



Read more...

Razem czy z osobna

25 lutego 2009

Zwykle desperacko chce się wierzyć, że spiski nie istnieją, że nasze codzienne starania mają sens, bo są częścią globalnej gry fair. Dlatego myślenie o każdym niepokojącym sygnale z osobna - ratuje nasze podskórne poczucie bezpieczeństwa.

W numerze 7/2009 Newsweeka (Polska) dwie kolumny zajmuje ''Polski ślad kamorry'' Violetty Krasnowskiej. Materiał wpisuje się w obecną falę zainteresowania włoską przestępczością zorganizowaną, wywołaną publikacją ''Gomorry'' Roberta Saviano. Ale ma też dodatkowy walor dla polskiego czytelnika - łączy ze sobą w zazębiające się puzzle historie, które dotąd nasze media miały w zwyczaju opisywać bez szerszych kontekstów.

Wpadka jakiegoś włoskiego gangstera żyjącego w bloku w Krośnie wraz z rumuńską kochanką - to był przed czterema laty raczej przyczynek do sensacyjnych newsów podszytych rozbawieniem: co to za mafioso, co jeździ focusem i ukrywa się na polskim zadupiu.
Mroczne historie Polaków, którzy zamiast do dobrze płatnej roboty na włoskich plantacjach, trafiali tam do nieludzkich obozów pracy (i nierzadko tracili w nich życie) opisywano starannie omijając konteksty z jakimi mogłaby się wiązać lokalizacja obozów na południu Włoch. Koncentrowano się raczej na wątku polskich sadystów gnębiących współrodaków, na wątkach pazernych włoskich plantatorów i nieudolnych dochodzeń karabinierów.

Tymczasem po tym jak Saviano nakreślił rozległą - i wiarygodną, udokumentowaną - panoramę interesów kamorry, sięgających od Kolumbii po Ukrainę i od Kampanii po Szkocję, już raczej nie da się widzieć wszystkiego osobno. Francesco Schiavione (''Cicciarello'') kaptujący z Krosna polskich wspólników, którzy później naganiali ludzi do obozów pracy kontrolowanych przez klan Casalesi - to obraz bardziej kompletny niż oderwane impresje o ciągu nieszczęśliwych przypadków, przez które ludzie lądowali w tych włoskich łagrach. A przestawienie tej zapadki myślowej uruchamia całą lawinę skojarzeń:
* niezliczone wizyty włoskich przedsiębiorców i ''przedsiębiorców'' w poszukiwaniu okazji do inwestycji w polskich miastach;
* wykazane przez Saviano dawne związki kamorry z polskimi gangami dysponującymi dojściami do magazynów wojskowego uzbrojenia;
* udokumentowane inwestycje kamorry w turystykę, przemysł i usługi w najbardziej nawet oddalonych od Włoch zakątkach Europy z Aberdeen na czele (gdzie pewien szkocki gangster stał się pierwszym pełnoprawnym kamorystą nie-Włochem).

...problem, jaki zapewne pojawia się kiedy przychodzi pisać o tak rozległych powiązaniach, płynie stąd, że takie odkrycia strasznie upodabniają się do teorii spiskowych. Dowodząc, że na każdym kroku dostrzega się potwierdzenie obecności skrytego spisku - wystawiamy się na podejrzenie jakiejś obsesji, fiksacji. Zwykle desperacko chce się wierzyć, że spiski nie istnieją, że nasze codzienne starania mają sens, bo są częścią globalnej gry fair. Dlatego myślenie o każdym niepokojącym sygnale z osobna - ratuje nasze podskórne poczucie bezpieczeństwa. Zaś łączenie faktów w monstrualną całość, w to poczucie godzi.

Ale nie sposób zawsze widzieć wszystko oddzielnie. Tak jak (jak pisze Krasnowska) już ''nie ma powodu nie wierzyć Saviano, że kamorra jest także wśród nas''.

Read more...

Wystawiony w otoczeniu wystawiających

24 lutego 2009

Nie ma powodu, by całość wypowiedzi Cichego sprowadzać tylko i wyłącznie do kwestii jego problemów zdrowotnych. Nie jest ta wypowiedź oderwanym od rzeczywistości bełkotem, nawet jeśli nie brak w niej ech osobistych frustracji.

Sobotniego wywiadu ''Dziennika'' z Michałem Cichym oczywiście w ''Gazecie Wyborczej'' nie przeoczono. I nie dziwię się, że szef ''GW'' choć puszczał mimo uszu szereg wcześniejszych ataków, to teraz osobiście odpowiedział komentarzem.
Dziwię się natomiast, że dał się ponieść emocjom i tym samym przyjął cios, który w zamyśle ''Dziennika'' miał zostać środowisku ''GW'' wymierzony.

Przedwczoraj wskazałem, że są w tej wielkiej rozmowie fragmenty, które i tak zostaną wykorzystane bardziej płytko i bardziej instrumentalnie, niż na to zasługują. Kto sięga po ''Dziennik'' w nadziei, że znów znajdzie coś, co będzie przypieprzeniem w ''Gazetę'' - ten i wynurzenia Cichego zrozumie jako przypieprzanie.
I vice versa - kto każdy tekst ''Dziennika'' w tym temacie rozumie wyłącznie jako wyraz obsesji, ten i rozmowę z Cichym sprowadzi wyłącznie do perwersyjnego sięgnięcia po rozmówcę, którego ''nie można obciążać odpowiedzialnością za słowa i czyny''.

Czemuż to nie można? Po niezliczonych kampaniach walki z wykluczaniem ludzi cierpiących na rozmaite choroby, w krytycznym momencie odmawiamy takiej osobie prawa do wypowiedzi?
Czy Michał Cichy jest ubezwłasnowolniony? Czy treść wywiadu sam spisał i przemycił jak gryps z zakładu zamkniętego? Za plecami lekarzy winnych czuwać, by nie zabierał głosu publicznie?
Rozważając to powoli i spokojnie - nie ma powodu, by całość wypowiedzi Cichego sprowadzać tylko i wyłącznie do kwestii jego problemów zdrowotnych. Nie jest ta wypowiedź oderwanym od rzeczywistości bełkotem, nawet jeśli nie brak w niej ech osobistych frustracji. Wskazanie palcem zabierającego głos i wykluczenie sensowności jego wypowiedzi z powodów niezwiązanych z tą wypowiedzią, to gest antyskuteczny. Bo trafia on w osobę, a nie w jej racje. One odtąd żyją własnym życiem.

A Cichy tymczasem - najwyraźniej w pewnym bólu po swej gazetowej przeszłości - mówi rzeczy, które nie są żadnym obrazoburstwem. Jarek Kurski musiałby być bardzo oderwany od rzeczywistości (a z pewnością nie był), gdyby nie wiedział, jak powszechne w łonie samego zespołu ''GW'' było i jest analizowanie polityki firmy i linii dziennika z uwzględnieniem marcowej przeszłości i pochodzenia założycieli. Cichy zresztą nie robi tego wykładziku z intencją dokopania Helenie czy Adamowi (inna sprawa, że - jak wyżej wspomniałem - do tego całą rozmowę sprowadzają forumowi wielbiciele ''Dziennika''). Dał się na to grząskie poletko wypuścić Michalskiemu, próbując zobrazować dlaczego pokoleniowe doświadczenia i podziały stały się jedną z linii pęknięcia opozycji po 1989 roku.

Czy z tej nieszczęsnej rozmowy i z gorączkowej reakcji na nią płynie jakieś przesłanie dla niezaangażowanych obserwatorów?
Jeśli mają związek z mediami i komunikacją, to chyba taki: przy współczesnym tempie debaty publicznej, przekaz myśli złożonej z wielu wątków jest ryzykowny i niewskazany. Próba syntezy jakiegoś zjawiska albo będzie skazana na odrzucenie z powodu swego skomplikowania, albo - w najlepszym wypadku - będzie zanegowana z powodu wątków, które w oczach recenzenta-polemisty są kamieniem obrazy.
Jeden tekst - jeden wątek. Takie smutne przykazanie na te dziwne czasy.

Read more...

Ot, wpadka banalna, a przykro

Internetowe wpadki żyją krócej niż ''papierowe'', lecz i tak są przypadłością medialnie wstydliwą.

Mniej więcej od półtorej godziny żyje sobie na stronie wyborcza.pl wiadomość z działu ''Media, Technologie'' o planowanych redukcjach w dzienniku ''Polska'' i o likwidacji połowy z jego mutacji.
Trudno w to uwierzyć, ale pomimo, że w tekście są pełne nazwy mutacji ''Polski'' - zarówno przewidywanych do zamknięcia, jak i tych, które przetrwają - ktoś odpowiedzialny za zilustrowanie materiału, podłączył czołówkę zupełnie innej gazety.

''Dziennik Polski'' nie ma nic wspólnego z pasauerowskim projektem ''Polska. The Times''. Jest lokalnym konkurentem dla ''Polska Gazeta Krakowska''.
Tak to wyglądało po publikacji tekstu:

Ciekawe czy zatrudnionym w ''Dzienniku Polskim'' było bardziej śmieszno, czy straszno?

Read more...

''Każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może''

22 lutego 2009

Tytuł notki to cytat z wywiadu, jaki Michał Cichy daje w ''Dzienniku'' Cezaremu Michalskiemu. Kolejny z kilku materiałów analizujących dzieje ''Gazety Wyborczej'' i jej środowisko na użytek ludzi prawicy, jakie od parunastu dni napędzają publicystykę w ''Dzienniku''. O tyle szczególny, że Cichy był przez lata podporą ''Gazety''.

Podporą - nie tylko jako jedno z piór, ale i funkcyjny redaktor. To zaś w ''Gazecie'' znaczy zwykle, że choć mniej się bywa widocznym dla świata, to mechanizmy zarządzania tym organizmem ogląda się bardzo z bliska. W tym sensie jako ''insider'' jest poznawczo wartościowszy niż np. Roman Graczyk, tak chętnie się rozliczający ze środowiskiem dawnych kolegów.
Gdy zobaczyłem u Czerskiego wybrane fragmenty tej rozmowy, w pierwszym odruchu pomyślałem, że Cichy popełnia ostateczne środowiskowe samobójstwo. Ale - jak często bywa - okazało się, że nożyczki i interpunkcja to potężne narzędzia. Można wynurzenia Cichego rozumieć i oceniać rozmaicie, ale nie są one o tym, co zrozumiał (a raczej - nie zrozumiał) Czerski.

Nie zachwyca mnie Cichy kilka razy zaznaczający, że on tam, gdzie miał wpływ, pilnował by ''pampersów'' i ''Frondy'' nie bęckować, zaś na inne działy ''Gazety'' wpływu nie miał. Trochę zanadto usłużnie to wyszło. Nie zachwycam się też, gdy widzę gdzie go boli - jak parę razy etykietkuje niektórych ludzi jako gazetowych ''cyngli''. Sam miewałem przez lata pracy w ''Gazecie'' antyidoli [jesteśmy i będziemy - my, dziennikarze - środowiskiem nadambitnym i przez to zawistnym], ale kwestią smaku jest chyba, by ugryźć się w jęzor zanim się powie wzgardliwe: ''próbował ze mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem''.
Kompletnie nie dziwi mnie wobec tego, gdy Michalski korzysta z okazji i punktuje Cichego: ''Mówi pan trochę tak jak poczciwy sekretarz od kultury w KC PZPR. Jak jakiś Tejchma: >Ja wybitnych pisarzy z mojego pokolenia ratowałem<''. Bo jako się rzekło - Cichy sam ochoczo wbiega na ten kruchy lód pokajań i wybielania siebie.

Ale...
...nie ma co kryć, że we mnie lektura tej rozmowy wzbudza smaki i zapachy bardzo dla mnie znajome. Oczywiście, wiele rzeczy odbierało się z inną intensywnością z terenowego oddziału ''GW'' [jestem pewien po dziś dzień, że większość dziennikarzy z Czerskiej nigdy nas, kilku setek ludzi w terenie, nie traktowała jak równych sobie kolegów w zawodzie]. Nie było siły, by nawet używając klucza antyreżimowej działalności, przyjąć do ''GW'' w oddziałach wyłącznie takich ludzi, którzy patrzą na historię i teraźniejszość tak samo jak pomarcowe środowisko najwyższego szefostwa firmy. W rezultacie oddziałowe poczucie, że jesteśmy wyzyskiwanymi przez metropolię koloniami, miało poza czysto bytowym wymiarem, także mniej lub bardziej ideową podściółkę. Dla nikogo przytomnego nie było tajemnicą, że są tematy, które w ''GW'' mają szczególne znaczenie i nie ma mowy, by pisać o nich wbrew obowiązującej linii. Nikt przytomny też nie wydziwiał z tego powodu, że właściciel/gospodarz ma prawo żywić w tej kwestii jakieś oczekiwania względem pracowników, którym płaci. Niemniej różnica osobistych czy zbiorowych nawet doświadczeń między ''nami'' a ''Warszawą'' sprawiała czasem, że musieliśmy się upewniać jaka jest aktualnie owa linia w pewnych tematach. Nie była bowiem dla nas intuicyjna. Nie mieliśmy odruchowych skojarzeń, ani nie mówiliśmy językiem pojęć marcowych rewolucjonistów.
Dla Cichego osobistym momentem zwrotnym jest kwestia pewnego tekstu, przy którym nie spełnił oczekiwań Michnika: eseju wymierzonego w amerykańskich Żydów, za to, że zarzucili antysemityzm Hannah Arendt. Dla przeszło połowy załogi ''Gazety'', tyle że nie tej połowy kursującej po Czerskiej 8/10, takie subtelności żydowsko-żydowskie były równie egzotyczne jak andyjskie kondory. Nawet nie przecinały się z tą napędzającą codzienną robotę wiarą, że po cudzie przetrwania i pokojowego pokonania komuny teraz jak nalepiej urządzamy godne życie na własnym podwórku. Jesteśmy po to, by jak najcelniej pisać o codziennych niesprawiedliwościach i małych sukcesach, pomagać słabym, tropić sitwy w urzędach.
OK, ludzie z pokolenia Cichego (a to i moje pokolenie) w oddziałach ''GW'' pewnie miewali nieco bardziej prawicowe ''odchylenie'' niż Czerska. Pewnie z czasem coraz częstsze były w oddziałowych kuchniach i palarniach dyskusje o tym, ile musi być w tygodniu na łamach ''kraju'' wojny z prawicą, tropienia homofobii i ostrzegania przed pazernością biskupów. Ale nie pamiętam, by kiedykolwiek - może poza szczytami kampaniami wyborczych - świat takich spraw był na pierwszym miejscu listy naszych zainteresowań.
Nie po takie emocje szło się na ''branki'', czyli na nabory kandydatów na dzienikarzy. Szło się do ''GW'' z pewnością, że to uniwersytet uniwersytetów pisania i redagowania. Szło się dlatego, że była to deklaracja - ale nie ideologiczna, ale zawodowa. Oznaczała odmowę przystąpienia do tych, którzy piszą od dawna, ale przez większość życia robili to pod kontrolą partyjnych wydziałów propagandy z komitetów wojewódzkich. Była to deklaracja nowoczesności po prostu.
Cichy - jak sądzę - tego też jest świadom, ale nieszczęśliwie fenomen trwałości środowiska ''Gazety'' tłumaczy poruszając się po zupełnie innych obszarach.
A może jednak tego akurat najzwyczajniej nie wie, gdyż każdy - więc i on - ''widzi dookoła siebie tyle, ile może''.

Read more...

Najgorsze są studentki pedagogiki...

20 lutego 2009

...jak się taka zestresuje i tymi długimi pazurami wczepi w kierownicę, to instruktor jest bezsilny...

To oczywiście fragment prasowego tekstu o kursantach w szkołach jazdy, widzianych oczami instruktorów (''Niezła jazda'' - Nowa Trybuna Opolska z 31 grudnia 2008 - wiem, straszny mam poślizg, cyt. za Angorą z 18 stycznia). Mimo tak efektownego wstępu, nie wynika z tych relacji, że któraś z płci generalnie lepiej lub gorzej się nadaje do prowadzenia samochodów. Za to instruktorzy gremialnie wskazują na niektóre zawody, jako te, które mocno utrudniają im życie.

Są to:
- nauczyciele z kilkuletnim stażem w zawodzie (zacisnięte zęby w reakcji na lada krytykę, trudności w zniesieniu, że teraz samemu jest się uczonym)
- decydenci, menedżerowie (skłonność do analizowania w ruchu ''za i przeciw'' każdej decyzji, gdy trzeba reagować odruchowo)
- ''wysłużone'' pielęgniarki (''- Nie pytajcie mnie czemu; one po prostu takie są'' - bezradnie mówi jeden z instruktorów).

Czy z powyższych odkryć płynie jakieś przesłanie? Nie sądzę. Ale z takich tekstów pożytek - owszem jest. Gdy, tak jak ja, uzyskało się prawo jazdy za drugim podejściem do egzaminu praktycznego, to czerpie się niemałą pociechę z opowieści o 65-letniej Pani Zdzisi, która oblała dotąd 13 podejść i niezrażona angażuje wciąż kolejnych instruktorów w kolejnych szkołach jazdy.

Read more...

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP