Leszek Kołakowski (1927-2009). Człowiek wielu mikrokosmosów
18 lipca 2009
Wczorajsza wiadomość o śmierci Leszka Kołakowskiego wybrzmi jeszcze - mam nadzieję - mnogimi artykułami i programami w najbliższych dniach. A może i tygodniach, co przy współczesnym tempie popadania publiczności w poczucie przesytu, byłoby nie lada wyczynem.
Oczywiście nie jestem jednak wcale pewien czy tak będzie. Pamiętam pewien dialog sprzed wielu lat, gdy już pracowałem w ''GW'', ale jeszcze rownocześnie miałem chętkę zaocznie poszerzać swe filozoficzne horyzonty. Adiunkt, u którego stawiłem się po zaliczenie, kojarzył mnie z ''Gazetą'', więc wstawiając mi wpis do indeksu nie odmówił sobie przyjemności wyznania, że nie bardzo odpowiada mu widoczny na jej łamach ''światopogląd kształtowany w cieniu Kołakowskiego i Baumanna''.
Można się spodziewać, że na takich nutach pogra sobie teraz niemała część publicystów. Z wyjątkiem oczywiście błyskawicznie montowanego nocą wydania ''Gazety Świątecznej'', które otworzy wspomnienie pióra Adama Michnika.
Szkoda, bo śmierć jednego z garstki współczesnych myślicieli polskich, NAPRAWDĘ znanych w międzynarodowej społeczności naukowej, to sposobność, by co niektórym czytelnikom zaszczepić osobliwy pomysł: ''takie to się wydaje proste, co podobno pisał - może nic mi się nie stanie, jak coś poczytam?''. Ale wiem, że to idealistyczne myślenie. Dużo łatwiej będzie pisać o życiowych wyborach i osławionym ''rewizjonizmie'' Kołakowskiego, przenicowując z niepochlebną tezą etapy jego życia.
Swoją drogą znamienne, że 40 lat temu siekierą z etykietą ''rewizjonista'' komuniści wykonywali wyrok wiecznego zesłania w niebyt ludzi, gotowych zaprzeczyć kłamstwom, zaś dziś tę samą etykietę skwapliwie otrzepują z kurzu ludzie o biegunowo odmiennym myśleniu. W ich rękach staje się ''dowodem'' na niewymazywalny, nawet jeśli tylko młodzieńczy, grzech komunistycznego spaczenia. Po prostu łatwiej jest rozdzielać etykiety i arbitralnie rozstawiać ludzi po różnych stronach wymyślonych przez siebie barykad, niż np. rzetelnie zagłębić się w niemałą książkę ''Główne nurty marksizmu. Powstanie - rozwój - rozpad''. Podkreślmy może to ostatnie słowo: ''rozpad''. W odniesieniu do marksizmu użył go Kołakowski w 1976 roku...
A zaintrygowanym, choć książki nie znającym, dodam ku zachęcie, że poza rzetelnym zmasakrowaniem filozoficznej miałkości marksizmu, książka skrzy się też od śmieszno-strasznych anegdot z przekuwania idei w ponurą praktykę.
Zabrnął ten felieton w dość szczególny ślepy zaułek: wyszło na to, że postuluję, aby tak smutną okoliczność, jaką jest pożegnanie filozofa, jakoś ''wykorzystać''. Aby z jej ''pomocą'' popularyzować filozofię.
Jednak w istocie bardziej chodzi mi o próbę zgadnięcia: czy Kołakowskiemu raczej zrobią teraz ''gębę'' czy dadzą szansę drugiego życia, w prowadzonej za pomocą książek wymianie myśli z nowymi pokoleniami studentów i czytelników. A o postulat ''popularyzacji'' na pewno nie pogniewałby się sam zainteresowany - ktoś, spod czyjego pióra wyszły m.in. ''Mini wykłady o maxi sprawach''.
W charakterze puenty zaczerpnę z nich cytat dla wszystkich, którzy mają w sobie zapał do wystawiania innym pośmiertnych rozliczeń za epokę, której nie mogą pamiętać:
''
[...] zauważono nieraz, że cnoty praktykowane i głoszone w sposób bezwzględnie sztywny rychło stają się nieznośne albo szkodliwe zarówno dla cnotliwego, jak i dla innych.''

0 koment.:
Prześlij komentarz