Wielkim znawcą motoryzacji nie jestem, ale co nieco wiem i oglądam. W powodzi nowych typów wozów jako tako się rozeznaję, zauważam nowości, miewam swoich faworytów.
Nawet jeśli zdarzy mi się zrazu przegapić premierę jakiegoś rajcownego wózka, to w miarę szybko go jednak dostrzegam.
Jednak nigdy nie zdarzyło mi się coś podobnego jak teraz. Pierwszego zobaczyłem zaparkowanego przy chodniku w środę o zmierzchu. Kanciasty kształt, sylwetka masywna, nawet dość niska jak na SUV-a czy terenówkę, ale miał w sobie coś wojskowego (wzmagały to wrażenie dwie wysokie anteny kiwające się nad tylną częścią jego dachu). Nissan, ale odmiana o której kompletnie nie slyszałem - Pathfinder.
Zażartowałem nawet, że oto mam nową czterokołową miłość od pierwszego wejrzenia, ale oględziny w necie tego - jak mniemałem - rzadkiego pojazdu, zamierzałem przeprowadzić dopiero nazajutrz, po powrocie do domu. Dzieliło mnie od tego w czwartek około dwóch godzin jazdy po około 130-kilometrowej trasie. I wtedy, z morderczą regularnością, co około 40 kilometrów,zaczęły pojawiać mi się następne. Najpierw taki sam ciemnoszary jak ten ze środy (zapamiętałem numery środowego, więc mam pewność, że to dwa różne). Kawałek dalej wyprzedził mnie biały (z wredną satysfakcją odnotowałem, że ktoś mu urwał literkę ''T'' w nazwie modelu) i wreszcie na końcu jeszcze jeden szary pod którymś z licznie dziś odwiedzanych cmentarzy.
Jeśli w ciągu 20 godzin napadają na mnie cztery nęcące mnie samochody typu, którego istnienia wcześniej nie podejrzewałem, to czy to coś znaczy?
Gdzie no ja wetknąłem ten system do Lotto?...
Read more...