Numerowane strony

Fotograficzny powrót na trasę

24 czerwca 2009

Moje fotograficzne dokumentacje wypadów poza miasto to materiały ponadprogramowe. Niewiele może wnoszą treści, ale szkoda byłoby mi nie podzielić się utrwalonym na nich klimatem.

To - powiedzmy sobie szczerze - poważne zaległości. Jeszcze z maja. Pochodzą z dwóch autobusowych podróży (służbowych) w kierunku Kalisza, oraz jednej (prywatnej) na mej normalnej trasie Bydgoszcz-Poznań.


Zdjęcie majowe, ale tematycznie na czasie i w czerwcu. Apetyczny szyld sklepu z Kórnika.



Rozłożysta, regularna bryła kaliskiego dworca tworzy dziwny dysonans z wielkim, pustym placem jaki rozciąga się przed jego frontem. Szkoda - w lepszej oprawie gmach prezentowałby się godniej.



Gablota przed dworcem. Upewniając widzów gdzie mogą obejrzeć "Generała Nila" - zaopatrzono plakat w kinową naklejkę. Ale można było to lepiej przemyśleć...



Obrazek, który mignął mi po drodze z Korzeniewa do Kalisza. Nie zdążyłem, niestety, zanotować nazwy tej parafii.



Rzut oka w głąb jarocińskich podwórek.



Nowe Miasto nad Wartą. Tak jakby stale na coś tu czekano. Choć może tym razem było to tylko czekanie na nadciągający deszcz.



Wbrew wszelkim troskom o wysychanie Warty, koło Nowego Miasta rzeka wygląda niczego sobie.



Zwierzęta potrafią się oswoić z nawet bliskim sąsiedztwem odgrodzonej drogi szybkiego ruchu - jak tu, pod Gądkami koło Poznania.



Ostatnie kilometry urozmaiconego, polodowcowego krajobrazu na Pałukach. Niebawem osiągnę okolice Gniezna i wszystko boleśnie wypłaszczy się aż po horyzont.



Miło pomyśleć, że takie urocze autobusy na stałe zaczęłyby służyć mieszkańcom Pobiedzisk, ale to niestety tylko incydent związany z kampanią wyborczą.

Read more...

Celebrujmy! Zwłaszcza gdy się nam dołożą

21 czerwca 2009

Gdyby żonglerkę danymi i datami uczynić dyscypliną olimpijską, obecny prezydent Poznania nie byłby bez szans na medal. Ale co tam on sam! Za plecami prezydenta czai się w jego mieście doborowa kadra w tej wyspecjalizowanej dyscyplinie.

Koniec mojego związku z redakcją poznańskiej gazety uwolnił mnie w zasadzie od konieczności zajmowania się sprawami Poznania. Ale z drugiej strony uwolnił mnie też od powinności, by nad sprawami tego miasta pochylać się z konstruktywną troską a bez ironii. Dlatego pozwolę sobie w swoim stylu zareagować na słowa prezydenta Poznania przeczytane w ostatnim "Przekroju" (18 czerwca 2009).

Było to przy okazji sporządzonego przez tygodnik rankingu 26 miast polskich. Poznań zajął miejsce pierwsze i niech mu będzie. Choć mając niejakie porównanie z paru innymi miastami, w których mieszkałem, a nie tylko je odwiedzałem - nie mogę nie poczuwać się do współmyślenia z autorem pewnego posta na Przekrojowym forum.
Ale pod rankingiem jest rozmowa z prezydentem Ryszardem Grobelnym. W niej zaś - poza wieloma okrągłymi zdaniami - pada bardzo ciekawa wypowiedź.


PRZEKRÓJ: Dlaczego Uniwersytet Adama Mickiewicza jest z tyłu, za UJ i UW?
GROBELNY: - Zawsze jest w pierwszej piątce. Należy pamiętać, że to najmłodsza uczelnia, a tradycja uniwersytecka to część sukcesu.

Podkreślam to tak, jak mi się te słowa same podkreśliły w wyobraźni, bo wciąż mam żywo w pamięci akcję Poznania sprzed pięciu lat. Nie było wtedy polityka od lewa do prawa, który nie poparł wniosku o ustawę przyznającą dla UAM ok. 312 mln zł z budżetu państwa na rozwój tej uczelni, w związku z... 400-leciem poznańskiej tradycji uniwersyteckiej. Dęte to było niemożebnie: do tradycji włączono nie tylko faktycznie działającą Akademię Lubrańskiego, ale też nigdy nie wprowadzony w życie dokument królewski zezwalający na przekształcenie kolegium jezuickiego w akademię.

Dziś zresztą - gdy ustawa dawno klepnięta, a pieniądze spływają (choć rektor już apeluje o 100-procentową waloryzację przyznanej sumy) - jubileusz w Poznaniu zwany jest po prostu "400-leciem wydania edyktu o powołaniu Uniwersytetu". Ale przed pięciu laty rękoma całego Sejmu poznaniacy zaklepali sobie tekst:
"W związku z przypadającą w 2011 roku czterechsetną rocznicą utworzenia przez króla Zygmunta III Wazę Uniwersytetu w Poznaniu..."


Znam pewną firmę, która przed dwoma laty przyjmowała od klientów gratulacje z okazji owocnego 15-lecia działania na rynku. A w tym roku ta sama firma zaprasza klientów na jubileusz swego 40-lecia. Zagadka dość prosta: 40 lat od założenia firmy przez państwo, a 15 (dziś już 17) od przejścia w ręce prywatne. A że firma z Poznania, podejrzewam iż te płynne jubileusze to może tutejsza specjalność?
Wobec tego w każdym roku kończącym się na "1" Poznań może świętować z Uniwersytetem rocznicę edyktu Zygmunta III; w każdym roku z "9" na końcu - rocznicę powołania Wszechnicy Piastowskiej z 1919; w latach kończących się na "0" - rocznicę przekształcenia Wszechnicy w Uniwersytet Poznański, a w latach z "5" - rocznicę Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (nazwa od 1955). Jest jeszcze rocznica powołania Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk z 1857, co zaklepie lata z "7" w końcówce.

A przy takim mętliku pojęciowym prezydent Grobelny zawsze zdoła wyjaśnić krajowi, że słabsze wyniki UAM to tylko pozory i knowania starszych uczelni.



PS. Tu mój felieton na ten temat z lipca 2004 r., gdy ważyły się losy ustawy "o 400-leciu Uniwersytetu w Poznaniu": [link]

Read more...

Obrońcy dla Terminatora trzeba. Pilne.

20 czerwca 2009

Ani tak wielki, by przyćmić inne filmy w tym roku, ani tak słaby, jak wypada o tym pisać recenzentom. "Terminator: Ocalenie" podobał mi się ponadprzeciętnie. Ale jeszcze więcej zabawy daje mi lektura prasowych narzekań, że to "samo żelastwo" albo "słoma w scenariuszu".


Tak się szczęśliwie złożyło, że w ciągu trzech tygodni przed premierą "czwórki" dane mi było obejrzeć na nowo wszystkie trzy wcześniejsze filmy serii. Gdy po paru dniach czytałem w kolejnych tygodnikach i w internecie, jakich to elementów legendy Terminatora tak bardzo brak widzom w najnowszej odsłonie - nie mogłem uwierzyć, że oglądaliśmy te same filmy.

Serio - sądzę, że zestawiając rzekome płycizny "Ocalenia" z rzekomą głębią "Dnia Sądu", piszący polegali tylko na swej pamięci o filmie sprzed 18 lat. A pamięć to naprawdę zawodna przewodniczka.

Bodaj najbardziej rozbroiła mnie seria internetowych recenzji, ktorych autorzy pomstowali, iż tym razem producenci wyprali scenariusz z tak ważnych w Terminatorze "rozważań o istocie człowieczeństwa". Wolne żarty. Toż to wątek ledwie zarysowany podczas prób uczenia Terminatora nowych zachowań przez 10-letniego Johna Connora. Poza nim sprawa jest tożsamości jest jasna: po jednej stronie są bezduszne maszyny nie idące na żaden kompromis, a po drugiej ludzie (i psy z poświęceniem obszczekujące cyborgi).


Jeśli już jakaś "filozofia" ciąży nad wcześniejszymi filmami, to z pewnością są to rozważania o naturze czasu, o predestynacji oraz o wolnej woli. Czy przyszłość jest zapisana raz na zawsze, czy "dzieje się" pod wpływem naszych obecnych działań? Na tym polu nawet odsądzana przez fanów od czci i wiary część trzecia - "Bunt Maszyn" - wnosi nieco nowego, zwycięsko wychodząc (moim zdaniem) ze scenariuszowej pułapki jaką jest rozegranie akcji PO TERMINIE apokalipsy zapowiadanej w 1984 roku.
Natomiast co do "tożamości gatunku ludzkiego", to dopiero w tym roku - wraz z tragiczną postacią Marcusa Wrighta i jego ostatecznym wyborem - chętni dostali mocny materiał do rozważań i polemik.

Nie rozumiem mechanizmu, który widzom w czwartej części popularnego hollywoodzkiego filmu akcji każe oczekiwać warstwy głębokiego przekazu, ulepionej z czegoś innego niż proste emocje: strach, zaskoczenie, wzruszenie, rozbawienie. Ja ich doznałem podczas seansu pod dostatkiem.
"I'll be back" w ustach Connora, groteskowa zbieranina ocalałych dowódców z różnych armii w łodzi podwodnej i nieopierzenie nastoletniego Kyle'a Reese'a - to część rzeczy, które dobrze wypełniły mi potrzebę "autoironii typowej dla Terminatora", o którą tak żarliwie apelują recenzenci.
Zduplikowany cyfrowo nagi Schwarzenegger to - w mojej ocenie - sensowny i najlepszy obecnie hołd dla twórców poprzednich części.
Przerażająco nieracjonalne, ryzykowne, ale intuicyjne - a przez to ludzkie - zachowanie pilotki Williams to z kolei źródło paru nie najtańszych wzruszeń. Zaś co do istoty każdego filmu akcji, czyli "wbijania w fotel" - kilka razy łapałem się na niekontrolowanych ruchach dłoni i stóp, gdy całym sobą chciałem pomóc bohaterom w walce lub ucieczce. Strona wizualna filmu - choć ze zrozumiałych względów ascetyczna - pozostaje na długo w pamięci.
Czy do takiej mieszaniny trzeba naprawdę czegoś głębszego? Ja po "coś głębszego" zwracam się raczej ku półce z "Siódmą Pieczęcią" albo czymś podobnym.

Read more...

...i można też tym zabić. Komara na przykład

10 czerwca 2009

Ta notatka jest całkowicie cytatem. Nieoceniony Leniuch (leniuch.blox.pl) napisał to przed kilku dniami. Sprowokował względnie małą falę komentarzy, lecz - zgodnie z oczekiwaniami - sporo z nich uznało notkę za tendencyjnie wsteczną i nieżyciową. A mi jakoś skomponowała się z filmem ''Stan gry'', który w tych właśnie dniach miałem przyjemność obejrzeć.


Tryumf techniki.
Wyobraźcie sobie urządzenie o displeju > 20 cali, rozdzielczości lepszej niż HD, kontraście takim, ze nie przeszkadza mu pełne słońce na wprost. Grubość - poniżej milimetra.
Prezentowane na nim treści są permanentnie archiwizowane w technologii WORM (Write Once, Read Many), nikt ich chyłkiem nie skasuje, ani, co w internecie coraz częstsze - nic nie dopisze.
Zużycie energii - zaniedbywalnie małe, może pracować na jednej baterii AAA aż do jej wyładowania, a nawet po. W gruncie rzeczy można tę baterię nawet zostawić w domu, bez uszczerbku dla komfortu użytkowania gadżetu. Jego waga wyniesie wtedy parę gramów. Mimo dużej przekątnej jest całkowicie mobilny, bo łatwy do złożenia, a nawet - zrolowania.
No i cena - poniżej 1 euro. Właściwie to poniżej dolara, w zakresie 2-3 złotych.

Tak, to gazeta.







Read more...

Trochę mroku w jasne dni czerwcowe

3 czerwca 2009

Zbliża się ten dzień czerwcowy, na który czekają tysiące, jeśli nie miliony ludzi. Wszędzie - jak okiem sięgnąć - plakaty. Trudno oprzeć się chęci skonfrontowania przeszłości z przyszłością. A choć malkontenci narzekają, trudno też wyrzec się chęci zagłosowania. Nogami. Na czwartego Terminatora.

Być może - nie mam tego jak sprawdzić przed 5 czerwca - recenzenci mają rację i tego filmu nie należało już produkować, jeśli ma w nim nie być tej cieniutkiej autoironii poprzednich części, ani Arnolda w ludzkiej powłoce. Ale należę do tego gatunku ludzi, którzy uzależniają się przede wszystkim od opowiadanej historii. Dlatego - poza wszystkim innym - chcę wiedzieć jak to się kończy.
Z tego samego powodu cierpliwie znosiłem coraz słabszych ''Piratów z Karaibów'', patetyczno-minoderyjnego trzeciego Matriksa, kolejne elementy sagi Orsona Scotta Carda o Enderze, z książki na książkę grzęznące coraz głębiej w mule naciąganych rozważań etycznych.

Uzależnienie od historii pojawia się wszakże tylko wówczas, gdy przynajmniej na początku ta historia jest doskonale opowiedziana. Tak, że wychodząc z sali, albo zamykając książkę, przez sekundę nie mamy orientacji gdzie właściwie jesteśmy.


O tym, że z taką siłą Terminator odcisnął się nie tylko na mojej wdzięcznej pamięci, świadczy - przykład pierwszy z brzegu - mnogość stron Wikipedii poświęconych i filmowi, i różnicom technicznym poszczególnych modeli maszyn z przyszłości, i Skynetowi i wielu innym detalom.
Jakiekolwiek nie okaże się zwieńczenie tetralogii - wpływu pierwszych części na kino, na fantastykę i nawet na zbiorową wyobraźnię, nic już nie umniejszy.


PS.
A to, że w tym tygodniu 5 czerwca z premierą ''Ocalenia'' jest dla mnie ważniejszy niż niedziele eurowybory, to naprawdę nie moja wina. Niech się wstydzą ci, którzy tak jałowo ale za to natrętnie, usiłują mi wmówić, że ja już dawno pojąłem rangę wysyłania delegatów do Brukseli.

Read more...

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP