Numerowane strony

Uzupełnienie do zdjęć z interioru

27 kwietnia 2009

Tabliczka ze stacji w Bronowie, zachęcająca do zachowania wielkopolskiej czystości, przypomniała mi, że od minionego lata mam w swych zbiorach podobne trofeum.

Oto jakie problemy z porządkiem nurtują zarząd dworca PKS w uroczym skądinąd Lubaniu na Dolnym Śląsku. Jaka precyzja w tej wskazówce dla podróżnych...
Na dworcu w Lubaniu

Read more...

Migawki z krainy spowolnionego czasu

25 kwietnia 2009

Gdy raz, od wielkiego dzwonu, opuszczamy duże miasto i zanurzamy się w klimat prowincjonalny - miło ulec złudzeniu, że wszystko tu inne. To oczywiście nieprawda: nikt tu nie jest wolny od problemów (często większych niż te miejskie). Ale rozległe niebo i relikty przeszłości sprzyjają takim fantazjom.

Notki jakieś bardziej fotograficzne mi się zrobiły w tych dniach, ale czas po prostu nadrobić zaległości w obróbce nazwożonego zewsząd materiału.
Oto migawki (klikamy dla powiększenia):

Mistrz z Kobylina


Okno pracowni artysty (też Kobylin)


Stary ratusz w Borku Wlkp. - niebawem jak nowy


Piece w kobylińskim gimnazjum już tylko zdobią - grzeje co innego


Uliczka Bruczek


Gdzieś pośrodku pól i lasów


Pod Żninem wiatraki atakują znienacka


Nieznany już nawet w Poznaniu, wielkopolski ''porzundek'' na stacyjce Bronów


Bronów i bronowskie pobożne życzenia

Read more...

Na udręki 16-latków... Duda!

Przeleciały jak błyskawica tegoroczne testy na zakończenie gimnazjów. Notka z tej okazji będzie krótka, ale... hmmm... treściwa.
Przyjechawszy z pogadanką dla młodzieży w dalekim Kobylinie*) zerknąłem na tablicę ogłoszeń w korytarzu gimnazjum. Pełna była zupełnie zwyczajnych ulotek zachęcających do zapoznania się z ofertą edukacyjną okolicznych szkół średnich. Lecz jedna pomiędzy nimi była absolutnie niezwyczajna; uderzała i jaskrawą barwą i mocą hasła, któremu chyba żaden gimnazjalista nie da rady się oprzeć:




--------
*) Trzytysięczny Kobylin leży pod Krotoszynem, który leży pod Ostrowem Wlkp., który leży pośrodku niczego - niemal dokładnie w tej samej odległości jednocześnie od Poznania, Wrocławia i Łodzi.

Read more...

Wiosna: powietrze pachnie trawą...

18 kwietnia 2009

Nie, notka nie będzie o narkomanii, co możnaby podejrzewać za sprawą słówka ''trawa''. Jednak także dotyczy nałogu (bakcyla w wersji łagodniejszej). Coś się bowiem w człowieku wyrywa w taką pogodę na pole, że nie ma zmiłuj.

Mowa o polu golfowym, za którym zdążyłem się nieźle stęsknić od jesieni. A nawet gdybym aż tak stęskniony nie był, to nie ma siły, by nie poruszyły mnie takie oto migawki. Ta niesamowita seria holes in one miała miejsce podczas jednego tylko dnia na US Masters (przed parunastu dniami zaledwie). Warto odnotować, że jeden z takich strzałów przypadł w udziale 74-letniemu, genialnemu Gary'emu Playerowi:


Read more...

Śmierdzące jajeczko

11 kwietnia 2009

W Wielki Czwartek w w redakcji ''Rzeczpospolitej'' odbyło się referendum. Pracownicy mieli zadecydować, czy zgadzają się na obniżenie wszystkim wynagrodzenia o 10 proc., czy też chcą indywidualnie negocjować warunki dalszej współpracy z kierownictwem spółki. Jedno dobre w tej zupełnie niewesołej wiadomości to fakt, że kierownictwo w ogóle miało z kim to ustalić.

Powody tej sytuacji są oczywiste: rynek prasy papierowej się kurczy. ''Rzeczpospolita'' (wg informacji Wirtualnych Mediów, cytujących dane ZDKP) w lutym zanotowała najgorszy wynik sprzedaży w historii: 126 623 egz. (spadek o 12 proc.).
Koszty zatrudnienia są najbardziej ''plastyczne'' - nie ma sposobu, by na np. kosztach druku albo dystrybucji zaoszczędzić z tak szybkim efektem, jak w przypadku cięć pracowniczych.

To prawda trywialna. Natomiast dyskusja czy efekt jakościowy takich cięć będzie równie korzystny, staje się bezprzedmiotowa, jeśli menedżment składa się z wyznawców ''zasady Filipiaka'': >Każdego specjalistę można zastąpić skończoną liczbą studentów.<

Powtórzę jednak, że w mej skromnej opinii, lepiej dla załogi ''Rzepy'' wchodzić w Wielkanoc z bolesnym pytaniem z referendum, aniżeli z wiadomością o tym kto - bez żadnej dyskusji - ''leci'' z fimy wskutek arbitralnej dyskusji szefostwa.
Nie znam wyników referendum; wierzę, że pewni swej wartości pracownicy mogą mieć opór przed zgodą na przycięcie swej płacy, by ratować posady tych, których sami niezbyt cenią. Jeśli jednak z grubsza wyniki głosowania będą takie, jak zakłada zakładowa ''Solidarność'', to jestem przekonany, że na dłuższą metę będzie to dobre dla całego wydawnictwa. Tak samo dla załogi, jak i dla kierownictwa. Utwierdzi to bowiem ludzi w przekonaniu, że mają na swoją firmę realny wpływ. Że są jej częścią naprawdę, a nie tylko na użytek wewnętrznych e-maili zarządu, pławiącego się w odmienianiu we wszystkich przypadkach słów ''kochani'', ''nasi drodzy'', ''nasza firma'', ''my'', ''musimy'', ''wspólnie'' i tak dalej.

Tak jak jestem sceptyczny wobec przyszłości gazet uparcie chcących łączyć wysokonakładowość z opiniotwórczością i z zyskami zarazem, tak samo upatruję pewnych szans w umiarze, który pozwala spotkać się gdzieś w pół drogi związkowcom i zarządowi.
W pewnych warunkach może z tego rodzić się nowa jakość w środowisku, lepiej zmotywowanym do stawiania czoła turbulencjom na rynku.

Read more...

Druga strona doświadczenia za kierownicą

8 kwietnia 2009

W reakcji na mój dawniejszy wpis o artykule poświęconym słabym kandydatom do praw jazdy, znajomy przysłał mi pewną historię.

Napisał: Kilka dni temu ktoś chciał mnie staranować. Nie nauczył się jak jeździ się na rondzie i nie opanował wszystkich znaków drogowych. Jednym słowem dno! Nie wiem, czy zdał za pierwszym, czy za dziesiątym razem. Nie wie jak zjechać z wewnętrznego pasa na zewnętrzny i się boi. Bojąc się, jedzie [stale] po zewnętrznym dookoła, łamiąc przepisy Prawa o Ruchu Drogowym. Policja łapie pędziwiatrów, a kto złapie sieroty?

Może nie jest najzręczniejsze, abym to ja potakiwał tak wyrażonej opinii, bo ktokolwiek widział moje dokonania za kółkiem, ten również musiał z pewnością przełykać różne słowa, z których ''sierota'' było raczej łagodniejszym. Ale szczerze się zgadzam - zawalidrogi potrafią przysporzyć w ruchu niewiele mniej kłopotów a nawet zagrożeń, co upojeni szybkością cwaniacy wyprzedzający wszystko z silnikiem mniejszym niż ich własny.

Oczywiście istnieje w praktyce policyjnej coś takiego jak mandaty za utrudnianie ruchu (więc także np. za zbyt wolną, nieuzasadnioną warunkami jazdę po autostradzie itp.). Przykład kierowcy łamiącego zasady poruszania się po rondzie to wręcz oczywiste pole do popisu dla drogówki. Ale ciekawym czy ktokolwiek słyszał wiarygodną historię o konkretnej osobie choćby pouczonej w takich okolicznościach?

Ale z drugiej strony - jak mawiał Tewje Mleczarz - nie mogę jednak nie posadzić sam siebie w wyobraźni za kierownicą samochodu i nie wspomnieć jak (pardon) posrany bywam przy całym moim beztalenciu, gdy już muszę się włączyć do ruchu. Podświadomie uruchamia się wtedy w człowieku żądanie wyrozumiałości dla niewprawnych, bo ''każdy kiedyś się uczył'' a także ''każdy jakoś musi doskonalić jazdę zanim osiągnie mistrzostwo''. (Czy faktycznie kiedykolwiek je osiągnie, to inna kwestia).

W zamierzchłej przeszłości był taki pomysł, by nieśmiałym nowicjuszom nieco to doskonalenie w boju ułatwić. Lansowano naklejanie etykiet sygnalizującymi z dala, że ten pojazd prowadzi ktoś równie ''zielony'' jak liście na tych naklejkach.

Pomysł był oparty na cokolwiek kropotkinowskiej wierze w naturalną dla ludzi dobroć i życzliwość, ale rzeczywistość sprzyjała raczej kantowskiemu poglądowi o przyrodzonym ludzkiej naturze złu. Chyba każdy zaaferowany nabywca upragnionego autka, który zaopatrywał się w sklepie ''Polmozbytu'' we wspomniane naklejki, usłyszał kiedyś zjadliwy dowcip, że od teraz jego wóz jest jak kapusta:
- Z przodu liść, z tyłu liść, a w środku głąb.

Słabo jeździć ale grać kozaka - źle. Być marnym kierowcą i głośno apelować o wzgląd na to - jeszcze gorzej. Wobec tego zgrabnej Puenty w tej notce nie będzie, bo komentarz znajomego, od którego ją zacząłem, tylko zamęt mi wprowadził w uporządkowaną wizję szos polskich :)

Read more...

Dobry, Zły i Brzydki z przedmieścia Detroit

4 kwietnia 2009

''Gran Torino'' to film, który daje nawet więcej niż obiecuje. Niestety - gdy zerknąć na te bonusy chłodno i z rzeczowym dystansem, okaże się, że to dość tanie i pospolite błyskotki.



Samego Clinta Eastwooda w takiej formie aktorskiej, byłoby dość, aby film zasłużył na cały swój rozgłos. Rzecz nawet nie w tym, że występuje w takim wieku - co dość niegrzecznie mu się wylicza w zapowiedziach ''Gran Torino''. Po prostu tworzy pełnokrwistą kreację, przeobraża się w człowieka tak realnego, że w parę chwil widz ulega iluzji, iż tego wkurzającego dziadygę zna od wielu lat z własnego sąsiedztwa.
Co więcej - choć być może jest to typ najbardziej podobny do sierżanta Highwaya ze ''Wzgórza Złamanych Serc'' - mimo wszystko Eastwood ma wciąż do zaoferowania bogaty wybór środków wyrazu i nie kopiuje po prostu swych wcześniejszych postaci. Czego nie o każdym starym mistrzu da się powiedzieć - np. o Jacku Nicholsonie, żeby daleko nie szukać.
Dlaczego więc, zadowolony z seansu zaraz po wyjściu z kina, dziś roztrząsam na nowo to, co obejrzałem i kręcę lekko nosem?

Z jednej strony doceniam to, jak skutecznie w jednym obrazie połączono tak wiele warstw tematycznych. Powiedzmy bowiem szczerze - nie da się jednym zdaniem orzec ''o czym to jest''. Czy to film o starzeniu się? O porozumieniu bądź nieporozumieniu między pokoleniami? Albo może między kulturami? A może o upadku amerykańskiego mitu? Czy przeciwnie - o drodze ku jego wskrzeszeniu? Lub też po prostu jest to głos w dyskusji o sensie albo bezsensie przemocy? To na tyle dobry film, że takim prostym streszczeniom się wymyka.
Jest jednak i druga strona. W tym gąszczu problemów, gdzie każdy wątek otwiera kolejny i tworzy hipnotyczną zachętę do wejścia w głąb świata Walta Kowalskiego, nawet nie zauważamy jak zręcznie i prostymi ścieżkami prowadzeni jesteśmy ku jedynym słusznym sądom w każdej z problematycznych kwestii. Jak łatwo dajemy się popychać w stronę identyfikacji z szorstkim, lecz dobrym bohaterem Eastwooda, gdy jego tłem są postaci szkicowane grubą, jednoznaczną krechą. Od tępawych wnucząt, poprzez konformistycznych synów i obdarzonych przyrodzoną dobrocią sąsiadów, aż po pozbawionych hamulców gansterów - Walta Kowalskiego otacza świat, sprawiający, że widz wierzy w szlachetność tego faceta, jeszcze zanim zdarzy się cokolwiek, co mogłoby ją potwierdzać.
Nie najkunsztowniejszy to sposób kreowania konfliktu na ekranie, prawda? Ale cóż - nie ma się co dziwić, że gdy do gry wchodzi zawodnik tej klasy co Eastwood, cała rozgrywka staje się mu podporządkowana.

Read more...

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP