To nie było dobre święto
30 sierpnia 2009
Dziś pełne doniesień o katastrofie w Radomiu podczas Święta Lotnictwa są radio i telewizja. Jutro wypełnią się nimi strony gazet. Moich parę słów o tym co widziałem, niewiele wniesie. Chcę je jednak spisać, głównie pod wrażeniem zupelnie mylnych opisów przebiegu wydarzeń, które ze zdumieniem słuchałem w serwisach informacyjnych podczas podróży z Radomia.
Radio co godzina donosiło, że białoruski Su-27 spadł "wkrótce po starcie". Tymczasem w rzeczywistości samolot zdążył wykonać już spory program (z rozpiski minutowej pokazów można nawet wnosić, że jego większość). Po starcie pilot pokazał kilkakrotnie wznoszenie - także pionową "świecę" na dopalaczach, nawroty bojowe na dużej wysokości i (to już bezpośrednio przed odlotem nad feralny las) - przelot w pozycji odwróconej (czyli "podwoziem do góry") przed całą widownią.
Po pierwszych relacjach radiowych, że zdaniem mieszkańców Małęczyna piloci zdecydowali się do końca zostać za sterami, by maszyna nie zabiła nikogo na ziemi - w TVN24 prowadząca jeden z magazynów dopytywała się Tomasza Hypkiego ("Skrzydlata Polska") czy to prawda, że piloci starali się uchronić przed katastrofą publiczność pokazów. Nieporozumienie - do katastrofy doszło ZA krańcem lotniska - przeciwległym w stosunku do miejsc publiczności. Zajmowałem miejsce w skrajnej, wschodniej części sektora dla widzów - to był najbliższy punkt tego sektora od miejsca wypadku, ale i tak odległość była nie mniejsza niż półtora kilometra.
Natomiast (poruszam się tylko w sferze przypuszczeń) sądzę, że wersja, w której załoga do końca starała się chronić wieś za lasem, może być prawdziwa. W mojej części widowni świst silników Su-27 słychać było do końca. W emitowanych w telewizji wypowiedziach świadków powtarza się czasem zdanie, że ostatni ślizg na skrzydło Su-27 wykonał z wyłączonymi silnikami, ale to nieprawda - być może takie wrażenie można było odnieść w rejonie strefy prasowej i VIP, czyli grubo ponad pół kilometra dalej od miejsca katastrofy niż miejsce, w którym my to obserwowaliśmy.
Po tej chwili, gdy maszyna wolno, ale dość bezwładnie straciła wysokość i zwróciła się na południowy wschód ("od" zamiast "do" lotniska) i wielu widzom przeszło przez myśl, że coś idzie niedobrze - samolot zniknął za drzewami lecz trwający nadal odgłos silników przekonał wszystkich na moment, że to był po prostu brawurowy manewr. Wtedy odniosłem wrażenie, że od chwili skrycia się maszyny za lasem, do ukazania się kłębów dymu upłynęły z tym dźwiękiem może nawet 2-3 sekundy. Wiem jednak, że w takich chwilach czas subiektywnie zwalnia i zdroworozsądkowo szacuję, że było to może nieco mniej niż sekunda, może niespełna dwie. Mimo wszystko jednak to masa czasu, by tracący kontrolę nad maszyną lotnicy "wystrzelili się". Nie znajduję innego wyjaśnienia na co przeznaczyli ten czas, kosztem własnego życia, jak tylko ostatnie ściągnięcie maszyny tak, by uderzyła w niezabudowany teren.
Brnąc długo w tłumie opuszczającym lotnisko słyszałem w gorączkowych dyskusjach ludzi, że "nie było ognia, tylko sam dym". Tu właściwie opowiadanie mojej wersji jest spóźnione, bo kilka amatorskich filmików, które dotarły do telewizji, dobrze pokazuje języki ognia, z jakimi dym wzniósł się nad drzewa. Zniknęły prędko (dym zresztą też nie stał długo jakimś wielkim słupem) - paliwo w dawce wystarczającej do pokazu musiało wypalić się blyskawicznie - ale były.
A resztę odczuć dzielę pewnie ze wszystkimi, którzy przypatrywali się tej prezentacji. Zaczęło się od poczucia, że oto startuje prawdziwy Air Show (od dopalaczy wznoszącego się Su rzeczywiście drżała ziemia i silniki całej dziewiątki Hawków grupy "Red Arrows" nie robiły nawet połowy tego grzmotu). Potem niepokój, niepewność i wreszcie niewiara w to, co zwiastował czarny dym zza lasu. Chyba (jak pamiętam) drżały mi ręce, gdy robiłem ostatnie zdjęcia z zamieszania w sektorze ratowniczym - rozumiem więc tych, którzy dla telewizji opisywali przebieg wydarzeń przejętymi głosami.
W drugim echu myślenia o tym, co widzieliśmy, przyszła (też tak samo jak do innych) refleksja, że TĘ maszynę, TYCH ludzi parę chwil wcześniej widzieliśmy jak na dłoni. Machaliśmy im, gdy drogą kołowania, przed trybunami, przejeżdżali samolotem na początek pasa. Widzieliśmy jak cierpliwie czekają tam na zezwolenie do startu, podczas gdy swe manewry kończyli fińscy piloci. Dostrzegaliśmy ich sylwetki w kopicie podczas niższych partii pokazu.
Przygnębiające.
Mam niemało materiału zdjęciowego, ale nie czuję się na siłach zilustrować nimi tego wpisu. Podobne do moich ujęcia z katastrofy są obecne w całym internecie. Te - dla mnie zresztą ważne - fotografie innych pokazów i scenek z Air Show będą musiały chwilę poczekać na inny wpis, bo z nastrojem dzisiejszego dnia nie współgrają. Poprzedziły katastrofę tylko o parę godzin, a są jakby z innego czasu i z innego miejsca...

0 koment.:
Prześlij komentarz