Numerowane strony

Wrześniowe słońce

10 września 2009

Wyszedłem dziś z domu prosto w kolejny piękny dzień. Z dnia na dzień ten wrzesień staje się piękniejszy. Ale paradoksalnie skojarzyło mi się to z czymś mniej pogodnym i choć w mediach temat wybuchu II wojny jest "wyczerpany" na najbliższe miesiące - chcę do niego wrócić.

Skojarzenie, które mnie do tego sprowokowało, wiąże się z pewnym nawykiem, którego nabrałem odkąd we wczesnej młodości dotarła do mnie - za sprawą jakiegoś filmu albo lektur - cała groza powstania warszawskiego. Odtąd, czy tego chciałem czy nie, w okolicach nowego roku szkolnego spadała na mnie co rok myśl: dla NICH to byłby już pełen miesiąc walki.

Mi od transmitowanych w telewizji obchodów "Godziny W" minął leniwie sierpień. Trochę wypocząłem, trochę zwiedziłem, jeszcze więcej czasu przeleciało mi między palcami. Byłem tu i ówdzie - nic specjalnego, obowiązkowe wakacyjne minimum doznań na jeden dzień. Tymczasem w 1944 każde z sierpniowych 24 godzin było dla tych ludzi gęste od wydarzeń, od skrajnych doznań i od grozy właśnie. Przez taką myśl, przez takie spojrzenie na własny miniony miesiąc, walka i trwanie miasta przeciw nacierającemu wojsku wydawała się z nagła po prostu niewyobrażalna, niepojęta, niemożliwa.
A dzisiaj to przepiękne wrześniowe słońce wzbudziło we mnie potrzebę, by tak samo spojrzeć na los wszystkich z września 1939 r.
Mija powoli 10 dzień miesiąca. Pod takim samym jasnym niebem i w podobnej duchocie już 10 dzień żołnierze to ścierali się z wrogiem, to w wyczerpujących marszach wycofywali się w głąb kraju, odliczając czas do zwycięskiego natarcia na Niemców wraz z sojusznikami.
Co ja robiłem przez ostatnie 10 dni? Coś tam przeczytałem, trochę napisałem; jakieś zakupy, 10 obiadów, 10 śniadań, parę joggingów... A teraz wyobrażam sobie wypełnienie tych 10 dni paniczną tułaczką po ewakuoawniu się z miasta. Wyobrażam sobie te 10 dni pełne paniki na widok samolotów kierujących się nad szosę, którą pchamy się "na Kutno" i 10 nocy z noclegami byle gdzie i z kombinowaniem od kogo da się kupić coś do jedzenia. To 10 dni smutnego przyglądania się kolumnom cofającego się, rozbitego wojska - z czego od trzech dni już nie słychać w radio, że "Westerplatte walczy". Choć gwoli ścisłości tego dziesiątego dnia można mieć nadzieję, że coś się zmienia, skoro nasi przeszli do ataku i "coś zaczęło się dziać" pod Łęczycą...


Osobiście takim przyłożeniem wysiłku ówczesnych żołnierzy do swojej codzienności, wolę czcić po cichu rocznice wybuchu wojny i powstania, niż groteskową telewizyjną hucpą na pograniczu festynu muzyczno-kabaretowego. Mam na myśli oczywiście "Wielki test z historii. 1939. Zaczęło się w Polsce".
Nie chodzi mi o zasadę - jeśli jest nią zamiar aby ludzie nie zapominali jak było, zgadzam się z nią całkowicie. Tyle, że przekombinowano z formą, z fajnością, z luzem. Tak, jakby bez wypasu i wyczesu program nie miał szans na widownię.
Mimo estetycznego absmaku oczywiście sam poskreślałem sobie odpowiedzi na pytania. Pomyliłem się w czterech i kontentuje mnie taki wynik (ile razy po prostu celnie strzelałem - przemilczmy.)

0 koment.:

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP