Dobry, Zły i Brzydki z przedmieścia Detroit
4 kwietnia 2009
''Gran Torino'' to film, który daje nawet więcej niż obiecuje. Niestety - gdy zerknąć na te bonusy chłodno i z rzeczowym dystansem, okaże się, że to dość tanie i pospolite błyskotki.
Samego Clinta Eastwooda w takiej formie aktorskiej, byłoby dość, aby film zasłużył na cały swój rozgłos. Rzecz nawet nie w tym, że występuje w takim wieku - co dość niegrzecznie mu się wylicza w zapowiedziach ''Gran Torino''. Po prostu tworzy pełnokrwistą kreację, przeobraża się w człowieka tak realnego, że w parę chwil widz ulega iluzji, iż tego wkurzającego dziadygę zna od wielu lat z własnego sąsiedztwa.
Co więcej - choć być może jest to typ najbardziej podobny do sierżanta Highwaya ze ''Wzgórza Złamanych Serc'' - mimo wszystko Eastwood ma wciąż do zaoferowania bogaty wybór środków wyrazu i nie kopiuje po prostu swych wcześniejszych postaci. Czego nie o każdym starym mistrzu da się powiedzieć - np. o Jacku Nicholsonie, żeby daleko nie szukać.
Dlaczego więc, zadowolony z seansu zaraz po wyjściu z kina, dziś roztrząsam na nowo to, co obejrzałem i kręcę lekko nosem?
Z jednej strony doceniam to, jak skutecznie w jednym obrazie połączono tak wiele warstw tematycznych. Powiedzmy bowiem szczerze - nie da się jednym zdaniem orzec ''o czym to jest''. Czy to film o starzeniu się? O porozumieniu bądź nieporozumieniu między pokoleniami? Albo może między kulturami? A może o upadku amerykańskiego mitu? Czy przeciwnie - o drodze ku jego wskrzeszeniu? Lub też po prostu jest to głos w dyskusji o sensie albo bezsensie przemocy? To na tyle dobry film, że takim prostym streszczeniom się wymyka.
Jest jednak i druga strona. W tym gąszczu problemów, gdzie każdy wątek otwiera kolejny i tworzy hipnotyczną zachętę do wejścia w głąb świata Walta Kowalskiego, nawet nie zauważamy jak zręcznie i prostymi ścieżkami prowadzeni jesteśmy ku jedynym słusznym sądom w każdej z problematycznych kwestii. Jak łatwo dajemy się popychać w stronę identyfikacji z szorstkim, lecz dobrym bohaterem Eastwooda, gdy jego tłem są postaci szkicowane grubą, jednoznaczną krechą. Od tępawych wnucząt, poprzez konformistycznych synów i obdarzonych przyrodzoną dobrocią sąsiadów, aż po pozbawionych hamulców gansterów - Walta Kowalskiego otacza świat, sprawiający, że widz wierzy w szlachetność tego faceta, jeszcze zanim zdarzy się cokolwiek, co mogłoby ją potwierdzać.
Nie najkunsztowniejszy to sposób kreowania konfliktu na ekranie, prawda? Ale cóż - nie ma się co dziwić, że gdy do gry wchodzi zawodnik tej klasy co Eastwood, cała rozgrywka staje się mu podporządkowana.

0 koment.:
Prześlij komentarz