Przysłowiowy ''czwartek - trzynastego''
14 listopada 2008
[Filemon już się bawi z myszkami w krainie wiecznego hasania]
Kilkorgu miłym, serdecznym znajomym napisałem na gorąco, że zatrzymywać Filemona dłużej byłoby już aktem samolubnym... W tych paru słowach mieści się wiele niewypowiadalnego. I nocna jazda, i mróz w sercu, i niewiara, że naprawdę słyszymy sugestię: ''najhumanitarniej będzie uśpić'', i wiele innych emocji.
Z troską patrzę na Bonifacego. Kim jest Bonifacy bez Filemona? Czy to sobie można w ogóle wyobrazić? Zaglądając w rozmaite kąty niucha sobie tak, po prostu, czy coraz bardziej zdezorientowany szuka Filemona? Czy wyciąga łepek w stronę górnej półki nad grzejnikiem, bo kusi go bijące stamtąd ciepło, czy dlatego, że zwykle tam najłatwiej było spotkać Filemona?

Filemon bardzo zmienił moje życie, życie całego domu. Więc życie Bonifacego też. Jakoś do dziś mam rodzaj wyrzutów sumienia, że Bonifacemu tak nieoczekiwanie zaaplikowaliśmy ''konkurenta'' - do michy, do miziania, do zabaw miotełką i do zajmowania najprzytulniejszych poduch. Bonifacy - że tak to ujmę - ''zbonifaciał'' dość szybko i wcześnie jak na swój wiek.
Właśnie tak, jakby ''filemon'' i ''bonifacy'' były dwoma nieuniknionymi stanami ducha każdej pary kotów, dwoma nierozłącznymi biegunami tej futrzanej, rozbrykanej kuli, która regularnie dwa razy na dobę staczała namiętne, kwadransowe walki wrestlingowe.
Ta notka skręca niebezpiecznie w grafomańskie wyznania. Pewnie dlatego, że niezwykły, zabawny Filemon, namiętnie gadający do ludzi, chodzący za ludźmi przy nodze i żarliwie ''polujący'' na człowieka uwagę, należał do tych zwierzaków, o których zdolni ludzie pisują potem ciepłe książki. Na pewno nie należały mu się te ostatnie godziny cierpienia. Wierzę, że teraz w zamian za nie czekają go niekończące się dni kociej błogości.
Kiedyś będzie je znów dzielił z Bonifacym, za którym zawsze tak mocno tęsknił, gdy ten mu zginął na chwilę z pola widzenia.

PS.
Imiona bohaterów notki zostały zmienione
Kilkorgu miłym, serdecznym znajomym napisałem na gorąco, że zatrzymywać Filemona dłużej byłoby już aktem samolubnym... W tych paru słowach mieści się wiele niewypowiadalnego. I nocna jazda, i mróz w sercu, i niewiara, że naprawdę słyszymy sugestię: ''najhumanitarniej będzie uśpić'', i wiele innych emocji.
Z troską patrzę na Bonifacego. Kim jest Bonifacy bez Filemona? Czy to sobie można w ogóle wyobrazić? Zaglądając w rozmaite kąty niucha sobie tak, po prostu, czy coraz bardziej zdezorientowany szuka Filemona? Czy wyciąga łepek w stronę górnej półki nad grzejnikiem, bo kusi go bijące stamtąd ciepło, czy dlatego, że zwykle tam najłatwiej było spotkać Filemona?
Filemon bardzo zmienił moje życie, życie całego domu. Więc życie Bonifacego też. Jakoś do dziś mam rodzaj wyrzutów sumienia, że Bonifacemu tak nieoczekiwanie zaaplikowaliśmy ''konkurenta'' - do michy, do miziania, do zabaw miotełką i do zajmowania najprzytulniejszych poduch. Bonifacy - że tak to ujmę - ''zbonifaciał'' dość szybko i wcześnie jak na swój wiek.
Właśnie tak, jakby ''filemon'' i ''bonifacy'' były dwoma nieuniknionymi stanami ducha każdej pary kotów, dwoma nierozłącznymi biegunami tej futrzanej, rozbrykanej kuli, która regularnie dwa razy na dobę staczała namiętne, kwadransowe walki wrestlingowe.
Ta notka skręca niebezpiecznie w grafomańskie wyznania. Pewnie dlatego, że niezwykły, zabawny Filemon, namiętnie gadający do ludzi, chodzący za ludźmi przy nodze i żarliwie ''polujący'' na człowieka uwagę, należał do tych zwierzaków, o których zdolni ludzie pisują potem ciepłe książki. Na pewno nie należały mu się te ostatnie godziny cierpienia. Wierzę, że teraz w zamian za nie czekają go niekończące się dni kociej błogości.
Kiedyś będzie je znów dzielił z Bonifacym, za którym zawsze tak mocno tęsknił, gdy ten mu zginął na chwilę z pola widzenia.
PS.
Imiona bohaterów notki zostały zmienione
