Numerowane strony

''Każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może''

22 lutego 2009

Tytuł notki to cytat z wywiadu, jaki Michał Cichy daje w ''Dzienniku'' Cezaremu Michalskiemu. Kolejny z kilku materiałów analizujących dzieje ''Gazety Wyborczej'' i jej środowisko na użytek ludzi prawicy, jakie od parunastu dni napędzają publicystykę w ''Dzienniku''. O tyle szczególny, że Cichy był przez lata podporą ''Gazety''.

Podporą - nie tylko jako jedno z piór, ale i funkcyjny redaktor. To zaś w ''Gazecie'' znaczy zwykle, że choć mniej się bywa widocznym dla świata, to mechanizmy zarządzania tym organizmem ogląda się bardzo z bliska. W tym sensie jako ''insider'' jest poznawczo wartościowszy niż np. Roman Graczyk, tak chętnie się rozliczający ze środowiskiem dawnych kolegów.
Gdy zobaczyłem u Czerskiego wybrane fragmenty tej rozmowy, w pierwszym odruchu pomyślałem, że Cichy popełnia ostateczne środowiskowe samobójstwo. Ale - jak często bywa - okazało się, że nożyczki i interpunkcja to potężne narzędzia. Można wynurzenia Cichego rozumieć i oceniać rozmaicie, ale nie są one o tym, co zrozumiał (a raczej - nie zrozumiał) Czerski.

Nie zachwyca mnie Cichy kilka razy zaznaczający, że on tam, gdzie miał wpływ, pilnował by ''pampersów'' i ''Frondy'' nie bęckować, zaś na inne działy ''Gazety'' wpływu nie miał. Trochę zanadto usłużnie to wyszło. Nie zachwycam się też, gdy widzę gdzie go boli - jak parę razy etykietkuje niektórych ludzi jako gazetowych ''cyngli''. Sam miewałem przez lata pracy w ''Gazecie'' antyidoli [jesteśmy i będziemy - my, dziennikarze - środowiskiem nadambitnym i przez to zawistnym], ale kwestią smaku jest chyba, by ugryźć się w jęzor zanim się powie wzgardliwe: ''próbował ze mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem''.
Kompletnie nie dziwi mnie wobec tego, gdy Michalski korzysta z okazji i punktuje Cichego: ''Mówi pan trochę tak jak poczciwy sekretarz od kultury w KC PZPR. Jak jakiś Tejchma: >Ja wybitnych pisarzy z mojego pokolenia ratowałem<''. Bo jako się rzekło - Cichy sam ochoczo wbiega na ten kruchy lód pokajań i wybielania siebie.

Ale...
...nie ma co kryć, że we mnie lektura tej rozmowy wzbudza smaki i zapachy bardzo dla mnie znajome. Oczywiście, wiele rzeczy odbierało się z inną intensywnością z terenowego oddziału ''GW'' [jestem pewien po dziś dzień, że większość dziennikarzy z Czerskiej nigdy nas, kilku setek ludzi w terenie, nie traktowała jak równych sobie kolegów w zawodzie]. Nie było siły, by nawet używając klucza antyreżimowej działalności, przyjąć do ''GW'' w oddziałach wyłącznie takich ludzi, którzy patrzą na historię i teraźniejszość tak samo jak pomarcowe środowisko najwyższego szefostwa firmy. W rezultacie oddziałowe poczucie, że jesteśmy wyzyskiwanymi przez metropolię koloniami, miało poza czysto bytowym wymiarem, także mniej lub bardziej ideową podściółkę. Dla nikogo przytomnego nie było tajemnicą, że są tematy, które w ''GW'' mają szczególne znaczenie i nie ma mowy, by pisać o nich wbrew obowiązującej linii. Nikt przytomny też nie wydziwiał z tego powodu, że właściciel/gospodarz ma prawo żywić w tej kwestii jakieś oczekiwania względem pracowników, którym płaci. Niemniej różnica osobistych czy zbiorowych nawet doświadczeń między ''nami'' a ''Warszawą'' sprawiała czasem, że musieliśmy się upewniać jaka jest aktualnie owa linia w pewnych tematach. Nie była bowiem dla nas intuicyjna. Nie mieliśmy odruchowych skojarzeń, ani nie mówiliśmy językiem pojęć marcowych rewolucjonistów.
Dla Cichego osobistym momentem zwrotnym jest kwestia pewnego tekstu, przy którym nie spełnił oczekiwań Michnika: eseju wymierzonego w amerykańskich Żydów, za to, że zarzucili antysemityzm Hannah Arendt. Dla przeszło połowy załogi ''Gazety'', tyle że nie tej połowy kursującej po Czerskiej 8/10, takie subtelności żydowsko-żydowskie były równie egzotyczne jak andyjskie kondory. Nawet nie przecinały się z tą napędzającą codzienną robotę wiarą, że po cudzie przetrwania i pokojowego pokonania komuny teraz jak nalepiej urządzamy godne życie na własnym podwórku. Jesteśmy po to, by jak najcelniej pisać o codziennych niesprawiedliwościach i małych sukcesach, pomagać słabym, tropić sitwy w urzędach.
OK, ludzie z pokolenia Cichego (a to i moje pokolenie) w oddziałach ''GW'' pewnie miewali nieco bardziej prawicowe ''odchylenie'' niż Czerska. Pewnie z czasem coraz częstsze były w oddziałowych kuchniach i palarniach dyskusje o tym, ile musi być w tygodniu na łamach ''kraju'' wojny z prawicą, tropienia homofobii i ostrzegania przed pazernością biskupów. Ale nie pamiętam, by kiedykolwiek - może poza szczytami kampaniami wyborczych - świat takich spraw był na pierwszym miejscu listy naszych zainteresowań.
Nie po takie emocje szło się na ''branki'', czyli na nabory kandydatów na dzienikarzy. Szło się do ''GW'' z pewnością, że to uniwersytet uniwersytetów pisania i redagowania. Szło się dlatego, że była to deklaracja - ale nie ideologiczna, ale zawodowa. Oznaczała odmowę przystąpienia do tych, którzy piszą od dawna, ale przez większość życia robili to pod kontrolą partyjnych wydziałów propagandy z komitetów wojewódzkich. Była to deklaracja nowoczesności po prostu.
Cichy - jak sądzę - tego też jest świadom, ale nieszczęśliwie fenomen trwałości środowiska ''Gazety'' tłumaczy poruszając się po zupełnie innych obszarach.
A może jednak tego akurat najzwyczajniej nie wie, gdyż każdy - więc i on - ''widzi dookoła siebie tyle, ile może''.

0 koment.:

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP