Kłopoty z patrzeniem przed siebie
19 marca 2009
W dziennikarstwo wpisana jest nietrwałość wypracowanego dorobku. ''Dzisiejsze gazety wyścielą jutrzejsze kosze'' - to bodaj najkrócej wyrażony pogląd na to, jak szybko publikacje tracą swą siłę. Ale niekiedy to wcale nie przekleństwo, a błogosławieństwo tego zawodu.
Tak się złożyło, że ''odkryłem'' w domu stertę tygodników z ubiegłego roku. Do części z nich nie zajrzałem na czas i dotąd leżały nieprzeczytane. Przed wyrzuceniem przewertowałem kilka z nich. Na dłużej moją uwagę przykuł tekst z ''Polityki'', z 3 maja 2008: ''Bałkanizacja po rosyjsku''. A dokładniej - jego podtytuł: ''Wojna na Kaukazie nikomu by się nie opłaciła. Zwłaszcza Rosji''.
Autor prowadzi interesującą i naprawdę pogłębioną analizę splotu zależności gospodarczych między Rosją a Gruzją, stanu kontroli jednego i drugiego państwa nad spornymi terenami oraz zewnętrznego otoczenia politycznego. Dwie kolumny takiego wywodu są dostatecznie ostrożne i rzeczowe, tak, że nie ma się do czego przyczepić. I dopiero puentując swój tekst, autor dzieli się opinią: ''Rosji też musi zależeć na spokoju. Ewentualna awantura z pewnością obudzi ich stronę Kaukazu''.
Jak wiemy - ''awantura'' zaczęła się trzy miesiące później, 7 sierpnia, i przybrała niespotykany rozmiar. Nie w tym upatruję niecelności analizy Jędrzeja Winieckiego, że do wojny w ogóle doszło. Choć wskazał czynniki, które powinny powstrzymać Tbilisi i Moskwę od walki, to nie przesądzał, że wszyscy na pewno postąpią rozsądnie. Ale w tym problem, że nie nastąpił skutek wojny, którego pojawienie się ''z pewnością'' autor zapowiadał. Rosja odniosła doraźne zwycięstwo okupione długofalowym zrujnowaniem wizerunku a nawet narastającymi problemami z własnym społeczeństwem, jednak północny Kaukaz bynajmniej nie stanął w ogniu. Nikt tam, po wrażeniu jakie zrobiła skala inwazji, nie zamierza być następnym.
Spotykamy ten problem w dziennikarstwie bardzo często (a wciąż znajdują się tacy, co - jak ja - sięgają do niegdyś napisanych tekstów). Jest wręcz immanentną częścią tego zawodu, którego głównym wskazaniem jest ''być pierwszym''. Zarówno w przytoczeniu newsa, jak i w sformułowaniu analiz dla rozwijającej się sytuacji. Z danymi dostępnymi do przekazania w tekście, jest jak z za krótką kołdrą: im bardziej walczymy o to, by ją przesunąć w czasie ''do siebie'', tym bardziej brakuje twardych danych z czasu przyszłego.
Teoretycznie najłatwiej się ustrzec przed tym problemem, w ogóle nie siląc się na proroctwa dotyczące przyszłości. Ale to nie wchodzi to w grę - równie ważnym dziennikarskim imperatywem co szybkość, jest też objaśnianie. Pisanie nie tylko o zdarzeniu, ale tłumaczenie z czego się wzięło i JAKIE MOŻE MIEĆ SKUTKI.
W praktyce zostaje więc tylko jedna, ale bezcenna metoda konstruowania tekstu: cytować autorytety. Dopytywać, nawet ''dociskać'' - i jeszcze raz cytować.

0 koment.:
Prześlij komentarz